Kibice Lecha pewnie jeszcze długimi tygodniami będą rozprawiać, dlaczego nie udało się sprowadzić na Bułgarską Carlitosa, który ostatecznie wybrał Legię Warszawa. Nie ma jednak najmniejszych wątpliwości, że Ivan Djurdjević ten temat już zamknął. Bo szkoleniowiec jest typem, który nie martwi się rzeczami, na które nie ma wpływu. Robi swoje i tyle. Nie ma jednak przy tym problemów, żeby odpowiedzieć na pytania o zawodnika, który w poprzednim sezonie strzelił w polskiej Ekstraklasie 24 gole.

Nie był w środku negocjacji, ale pewnym momencie na chwilę włączył się do nich. Chwycił za telefon i wybrał numer Carlitosa. – Powiedział mi podczas tej rozmowy, że jest zainteresowany, żeby przyjść do nas. Dodał jednak od razu, że nie wie, jak będzie, bo w innych miejscach dostaje więcej – relacjonuje Djurdjević. Jak się okazuje, jeśli chodzi o sam kontrakt indywidualny to zarówno Lech, jak i Legia chciały zapłacić 28–latkowi podobne pieniądze. Miałby pensję na poziomie 50 tysięcy euro miesięcznie, co przekłada się na 600 tys. w skali roku. Klub ze stolicy miał jednak argumenty sportowe. Jest mistrzem Polski, za chwilę rozpocznie walkę o Ligę Mistrzów.

Czym zatem mógł skusić go Kolejorz? Tylko przebiciem legionistów, czyli podwyższeniem oferty finansowej dla samego piłkarza, który mógłby liczyć nie tylko na wysoki kontrakt, ale również kwotę za podpis liczoną w setkach tysięcy euro. – Ja powiedziałem Carlitosowi, że my już więcej nie możemy mu zapłacić – rozkłada ręce trener klubu ze stolicy Wielkopolski. I pozwala sobie na dygresję dotyczącą w ogóle zarobków w Polsce. – Wiadomo, jak tutaj są traktowani ci, którzy zarabiają znacznie więcej od innych. Mają znacznie ciężej. To jednak tak na marginesie. Cóż, nie był przekonany, nie chciał przyjść, to trudno. Niech mu się wiedzie. Nie ma z nami Carlitosa, ale Lech był, jest i będzie. Musimy teraz sprawić, żeby grał teraz jak najlepiej. Jedziemy dalej – opowiada „Djuka”. Więcej na przegladsportowy.pl.