Gyurcso przeniósł się do Szczecina w styczniu 2016 roku z Videotonu Szekesfehervar jako wolny zawodnik. Miał być gwiazdą, zorganizowano mu prezentację z okazji podpisania kontraktu, czego działacze Pogoni praktycznie nie robią. Sam piłkarz miał jasny cel – wypromować się w ekstraklasie i wyjechać gdzie indziej. Najlepiej razem ze swoim przyjacielem z kadry narodowej Nemanją Nikoliciem, wówczas napastnikiem Legii.

Brak szybkiego transferu odebrał mu motywację, z meczu na mecz spisywał się coraz słabiej. W sumie zagrał 67 razy w ekstraklasie, zdobył dziewięć bramek, tyle że aż cztery w jednym spotkaniu z Wisłą Kraków (6:2). Nie potrafił ustabilizować formy, miał kłopoty z zaangażowaniem. Pracowało z nim czterech trenerów, żadnego z nich nie chciał słuchać. Marzył o dobrej zachodniej lidze, a z zajęć zawsze uciekał jako jeden z pierwszych. Wreszcie obecny szkoleniowiec Portowców Kosta Runjaic zdecydował się podziękować Gyurcso. Niemiec nie toleruje humorzastych zawodników, więc po występie Węgra z Zagłębiem (3:3), kiedy wprowadzony z ławki wyraźnie sprawiał wrażenie obrażonego, zalecił mu wyjazd na wcześniejszy urlop i szukanie nowej drużyny. W pierwszym zespole szczecinian nie było dla niego miejsca. Groziły mu rezerwy.

Szansę dano mu w Hajduku i Gyurcso ją wykorzystał. W 14 meczach strzelił sześć goli i miał pięć asyst. Ani on nie chciał wracać na Pomorze Zachodnie, ani tam na niego nie czekano. Więcej na przegladsportowy.pl.