Po naprawdę dobrym spotkaniu faworyzowany i grający prawie cały mecz z przewagą jednego zawodnika Ruch tylko zremisował 1:1 z Lechią. Gdańszczanie pokazali wielką wolę walki i do 70.-75. minuty nie było w ogóle widać ich osłabienia. Ostatecznie obie drużyny mogą chyba remis uznać za sprawiedliwy wynik. Wynik zdecydowanie gorszy dla Ruchu, który po tej kolejce spada na czwarte miejsce, niepremiowane grą w europejskich pucharach.
Pierwsze minuty zdecydowanie należały do gospodarzy, którzy zaatakowali z impetem, a najwięcej kłopotów obronie Ruchu sprawiali Piotr Wiśniewski,
Łukasz Surma i Paweł Nowak. Animusz biało-zielonych szybko się jednak wyczerpał a stało się to za sprawą czerwonej kartki dla Marko Bajicia. W 17. minucie zastępujący na stoperze pauzującego za żółte kartki Łotysza Siergiejsa Kożansa Serb za słabo zagrał piłkę głową do własnego bramkarza i nie widząc innej możliwości powstrzymania Artura Sobiecha sfaulował go przed polem karnym.
Chorzowianie dość szybko wykorzystali przewagę liczebną. W 35. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Słowaka Gabora Straki i główce Łukasza Janoszki, który w poprzednim spotkaniu trzy razy pokonał bramkarza Odry Wodzisław, piłkę wybił z linii Arkadiusz Mysona, ale arbitrzy uznali, że ta wcześniej przekroczyła ją całym obwodem.
Gospodarze wyrównali po kilkunastu sekundach. Tomasz Dawidowski dośrodkował z lewej strony w pole karne, a Arkadiusz Baran wślizgiem wbił piłkę do własnej bramki.
Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy powinno być 2:1 dla Lechii. Znakomitą akcją popisał się Piotr Wiśniewski, który ograł trzech defensorów rywali i kiedy miał przed sobą tylko Krzysztofa Pilarza, fatalnie spudłował. Za chwilę w dogodnej sytuacji znalazł się Łukasz Surma, ale jego strzał został zablokowany.
W 61. minucie tylko świetnej interwencji byłego bramkarza Lechii goście mogą zawdzięczać, że nie stracili gola - Pilarz z najwyższym trudem obronił
uderzenie z dystansu Wiśniewskiego.
Końcówka tego dobrego i emocjonującego spotkania zdecydowanie należała do Ruchu. W 65. minucie po zagraniu Ariela Jakubowskiego Paweł Kapsa wygrał pojedynek sam na sam z Janoszką, a za chwilę, po kiksie Krzysztofa Bąka, nie dał się zaskoczyć Arturowi Sobiechowi. Jeszcze w 77. minucie bramkarz gospodarzy obronił strzały obu napastników "Niebieskich", a cztery minuty przed końcem o jego świetnej dyspozycji ponownie przekonał się Sobiech.
Powiedzieli po meczu:
Waldemar Fornalik (trener Ruchu Chorzów): - To był dobry i emocjonujący mecz, w którym oba zespoły dążyły do zwycięstwa. Często dochodzi do takiego paradoksu że drużynie grającej w liczebnej przewadze nie udaje się wypracować dogodnych sytuacji. My na brak okazji, zwłaszcza w drugiej połowie, narzekać nie możemy, ale żadnej z nich nie udało nam się wykorzystać. Uważam jednak, że zdobycia jednego punktu w takich okolicznościach nie musimy się wstydzić. Lechia potwierdziła, że jest bardzo dobrym i groźnym zespołem, z którym każdy musi się liczyć.
Tomasz Kafarski (trener Lechii Gdańsk): - Zarówno pierwszą, jak i drugą połowę rozpoczęliśmy w swoim stylu, czyli od groźnych ataków. Wtedy nie udało nam się strzelić gola, ale zdobyliśmy go w najważniejszym momencie, czyli tuż po uzyskaniu przez rywali prowadzenia. Ta bramka dodała naszemu zespołowi wiary, że nawet w "10" możemy podjąć skuteczną walkę. W drugiej połowie z minuty na minutę rosła przewaga chorzowian i tylko Matce Boskiej oraz świetnie interweniującemu Pawłowi Kapsie zawdzięczamy, że piłka nie wpadła do naszej siatki. W kolejnym meczu z Lechem z Poznaniu zagramy bez czterech podstawowych piłkarzy. To konsekwencja otrzymanych w tym spotkaniu kartek.
Minuta po minucie
Aplikacja wymaga wtyczki Adobe Flash Player 9. Pobierz najnowszą wersję.