Legia pokonała w Bełchatowie GKS 1:0 po fantastycznym uderzeniu Macieja Iwańskiego z rzutu wolnego. Ale gol był jedynym estetycznym zagraniem grze warszawian. GKS Przeważał, ale po 754 minutach bez puszczonego gola bramkarz Łukasz Sapela musiał skapitulować
Legia słabo zagrała tydzień temu z Polonią, słabo również w środę w Pucharze Polski z Cracovią, w sobotę w Bełchatowie znów w jej grze panował chaos, a jednak zdobyła trzy punkty. Okazało się, że na boisku nie pojawił się żaden napastnik, bo najbardziej wysuniętą pozycję zajmował Sebastian Szałachowski.
Gospodarze byli bardziej waleczni, więcej biegali i niemiłosiernie obiegali obrońców rywali, zwłaszcza Jakuba Rzeźniczaka, który w przerwie zszedł z kontuzją. GKS co chwilę zagrażał bramce Jana Muchy, który w sobotę zagrał fenomenalnie. Pięciokrotnie bronił w sytuacjach sam na sam, a tuż przed końcem przy prowadzeniu Legii nie zawahał się wślizgiem wybić w polu karnym piłki spod nóg Dawida Nowaka. GKS częściej był przy piłce (w przerwie prowadził w posiadaniu piłki 59 - 41 proc.), stwarzał sobie okazje, ale albo na przeszkodzie stawał Mucha, albo sędzia liniowy, który w pierwszej połowie pomylił się trzy razy sygnalizując pozycję spaloną przy prostopadłych podaniach do Carlo Costly'ego.
Faul który spowodował rzut wolny, z którego padł gol wzbudził kontrowersje, był zresztą powtarzany, bo za pierwszym razem, tuż przed uderzeniem Macieja Rybusa w mur, wybiegł z niego Tomasz Wróbel. Atomowa poprawka Iwańskiego przeleciała tuż nad głowami obrońców i wpadła do siatki obok rozpaczliwe interweniującego Sapeli. Legia, co najmniej do niedzieli czyli meczu Wisły z Odrą jest liderem. GKS zakończył imponującą serię siedmiu wygranych meczów.
Minuta po minucie
Aplikacja wymaga wtyczki Adobe Flash Player 9. Pobierz najnowszą wersję.