Znakomite spotkanie na koniec 3. kolejki! Polonia Warszawa nieoczekiwanie pokonała murowanego faworyta 4:2. Gospodarze kończyli mecz w dziesiątkę po tym jak czerwoną kartkę dostał Sławomir Peszko i był to kluczowy moment meczu. Później bramki zdobywali już tylko goście.
"Czarne Koszule" pokazały we Wronkach, że dotychczasowe wygrane poznaniaków nie musiały być efektem wyjątkowej siły Lecha. Kiedy było już jasne, że w Lechu zabraknie Roberta Lewandowskiego, który wrócił ze zgrupowania reprezentacji Polski z obolałą łydką i nie wykurował się do niedzieli, trener "Kolejorza" Jacek Zieliński uznał, że żaden z kupionych latem napastników nie jest jeszcze gotowy do gry w podstawowym składzie i posłał do gry piątego pomocnika. Minęło trochę czasu zanim poznaniacy przyzwyczaili się do nowego ustawienia, innego niż 1-4-4-2, w którym tak udanie rozpoczęli sezon.
W meczu z Polonią musiało upłynąć kilkanaście minut, zelżał w tym czasie upał i poznaniacy zaczęli potwierdzać swoją przewagę sytuacjami bramkowymi. I to z niezwykłą precyzją - od 18. min, co trzy minuty pod bramką Sebastiana Przyrowskiego robiło się gorąco. Szczególnie podobały się akcje, w których wspomagający w ataku Hernana Rengifo Semir Stilić robił charakterystyczny unik, czym gubił obronę "Czarnych Koszul". Ta wytrzymała napór do 26. min. Po ładnej akcji Sławomira Peszki Radek Mynar nie wybił piłki w polu bramkowym i Rengifo strzelił z bliska jednego ze swoich łatwiejszych goli w karierze.
W meczach z Polonią już szóstego! Chwilę potem mógł trafić po raz kolejny, ale z bliska uderzył głową tuż nad poprzeczką. Wtedy wydawało się, że Lech, który grał dość swobodnie i atrakcyjnie dla oka, zaliczy kolejny test w tym sezonie i łatwo pokona Polonię. Tym bardziej, że japoński sędzia prowadził mecz inaczej niż polscy arbitrzy: nie przerywał akcji z byle powodu, pozwalał na walkę. Gra była więc płynna i w miarę szybka, czyli idealna dla Lecha, nauczonego takiego stylu przed rokiem w pucharach... A tymczasem jeszcze przed przerwą poznaniaków zaskoczył Marcelo Sarvas, który był jednym z najlepszych graczy w ekipie z Warszawy. Brazylijczyk błysnął już przed tygodniem, gdy jego gol odwrócił losy meczu ze Śląskiem Wrocław. Wówczas Polonia wygrała mecz wydawało się "przegrany".
Czy Smuda faktycznie zastąpi Grembockiego, który wygrał drugi mecz z rzędu i to znów w efektowny sposób i znów w dramatycznych okolicznościach? Zwycięstwo z Lechem jest tym cenniejsze dla Polonii, że przez większość meczu głównie broniła się we Wronkach. Pierwszy raz objęła prowadzenie tuż po przerwie - po rzucie rożnym. Tomasz Jodłowiec wbiegł jak taran pod bramkę i zrobił to, czego lechici nie byli w stanie, mimo większej liczby dośrodkowań. Piłka z impetem wpadła do siatki. Wtedy nikt nie wyobrażał sobie, że Grzegorz Kasprzik jeszcze dwa razy będzie sięgał do własnej bramki. Tym bardziej, że Lech po fantastycznym strzale Sławomira Peszki doprowadził do remisu 2:2 i odważnie walczył o gola, który pozwoli mu zachować pozycję lidera. Plany legły w gruzach po kilku zmarnowanych okazjach (najbliżej gola był Krzysztof Chrapek, ale w sytuacji sam na sam trafił w Sebastiana Przyrowskiego) i czerwonej kartce dla Peszki. Lech, choć grał w dziesiątkę, nadal walczył o całą pulę. Atakował, jednak sytuacji nie stwarzał.
Na dodatek strasznie pogubił się w wyprowadzaniu akcji. Po dwóch prostych błędach Lecha gracze Polonii znaleźli się w końcówce w dwóch znakomitych sytuacjach. Najpierw Milan Nikolić kopnął obok Kasprzika, a już w doliczonym czasie gry bramkarz Lecha miał przed sobą dwóch rywali - pokonał go Filip Ivanovski. Jeśli we Wronkach był wysłannik FC Brugge, rywala Lecha w Lidze Europejskiej, z pewnością wie, jak grać przeciwko poznaniakom.
Minuta po minucie
Aplikacja wymaga wtyczki Adobe Flash Player 9. Pobierz najnowszą wersję.