Korona - Lech 0:5. Kolejorz sprowadził Koronę na ziemię
Maciej Sierpień
Tydzień po wygranej przed tygodniem na inauguracje z Polonią Warszawa, całe Kielce żyły pojedynkiem z Lechem. Do soboty sprzedano ponad 13 tysięcy biletów! W dniu meczu klubowe kasy zamknięto jeszcze przedpołudniem. Gdyby obiekt mógł pomieścić dwa razy tyle widzów, to pewnie i tak wypełniłby się po brzegi.
Fot. Tomasz Kaminski / AG
Lech Poznań - Austria Wiedeń
Magia sprawdzenia się z polskim towarem eksportowym przyciągała kielczan. W dodatku w Koronie debiutował Edson. Ale ten pewnie nie tak pewnie wyobrażał sobie swój powrót do polskiej ligi. Brazylijczyk był współwinnym utraty pierwszego gola, gdy w prosty sposób tuż przed polem karnym stracił piłkę. Wykorzystał to Rengifo, zauważył Roberta Lewandowskiego, ten kopnął ją wzdłuż bramki. I gdy wydawało się, że ta łatwo padnie łupem Radosława Cierzniaka, wpadł na nią powracający Łukasz Nawotczyński i... zaskoczył wszystkich, a już najbardziej swojego kolegę z bramki.
Dużo inaczej debiut w ekstraklasie wspominał będzie za to Seweryn Gancarczyk. On nie tylko od początku imponował spokojem i pewnością podejmowanych decyzji, ale w 20. min. zaliczył idealną asystę na głowę Sławomira Peszko.
Korona straty próbowała odrabiać tylko przez pierwszy kwadrans po przerwie. Kielczanie, prawie jak przed tygodniem z Polonią, grali szybko, z pomysłem, niemal nie opuszczając połowy Lecha. Ale gości, jakby nic sobie z tego robiąc, pozwolili się kielczanom wyszaleć i w 58. minucie wyprowadzili wzorcowy kontratak, który pewnie wykończył Jakub Wilk. I to już wystarczyło, by ostatecznie ostudzić Koronę. Podopieczni Marka Motyki obawiając się pogromu nie rzucili się do odrabiania strat.
Ale ten i tak przyszedł. W samej końcówce. Dwukrotnie kielczanie jedynie przyglądali się, jak piłkarze Lecha niczym po sznurku wymieniają między sobą piłkę, którą w finale do siatki pakuje Robert Lewandowski. - Zostaliśmy brutalnie sprowadzeni na ziemię. Przez tydzień pobujaliśmy sobie w obłokach, ale już wiemy, w którym miejscu jesteśmy wobec Lecha. Daleko... - przyznał po meczu Marek Motyka. - Jakiś pozytyw? Chyba taki, że Kolejorza mamy już za sobą. Silniejsza drużyna już nam się nie trafi - zauważył napastnik Krzysztof Gajtkowski.