Legia zaczęła to spotkanie z szacunkiem dla rywala, ale powoli się rozkręcała. Vuković i Iwański świetnie radzili sobie w środku pola. Już w 11. minucie Grzelak próbował uderzać z 16. m i trafił w słupek. Chwilę później podał do Chinyamy a ten zagrał do Iwańskiego, który mocnym strzałem obok słupka nie dał szans Banaszyńskiemu. Pomocnik Legii zrewanżował się piłkarzowi z Zimbabwe w 32. minucie, gdy podał mu tuż przed bramkę, a ten mógł tylko strzelić gola. Cztery minuty przed przerwą dośrodkowanie z rzutu rożnego strzałem głową zamienił na bramkę Pance Kumbev. Świeżo upieczony tata razem z kolegami wykonał "kołyskę".
Drugą kołyskę Macedończyk wykonał już z całą drużyną w 69. minucie. Chwilę wcześniej podanie Rybusa pięknym strzałem na gola zamienił Jakub Wawrzyniak. Ale Śląsk był podłamany już wcześniej. O ile w pierwszej połowie goście mogli żałować, że tak wysoko przegrywają, bo sami mieli okazje, to po przerwie właściwie oddali pole rywalom. Trener Terasiewicz czekał ze zmianami do 60. minuty, a powinien ich dokonać już wcześniej. Jednak Ulatowski nie odmienił obrazu gry, podobnie jak Sotirović.
Śląsk nie miał argumentów, zwłaszcza w środku pola. Duet Iwański-Vuković współpracował doskonale, wspomagany przez cofającego się Grzelaka. Na brawa zasłużyli obrońcy Legii. Szczególnie za grę... ofensywną. Po golu strzelili Kumbev i Wawrzyniak, kolejnego mógł dołożyć Astiz, a Rzeźniczak miał szansę na asystę.
Legia ciągle liczy się w walce o tytuł, a Śląsk marzenia o pójściu w ślady GKS Bełchatów i doskoczeniu do czołówki musi odłożyć na później.