Tym razem "Derby Polski", jak zwykło się nazywać pojedynki Lecha z Legią, były w cieniu czwartkowego awansu poznaniaków do fazy grupowej Pucharu UEFA. Niby znów na stadionie był komplet publiczności (mecze z Austrią i Legią obejrzało w sumie ponad 50 tys. zł), ale chyba nawet najbardziej emocjonujący pojedynek w nie byłby w stanie przebić dawką emocji ponad dwugodzinnego horroru sprzed trzech dni. Lechici dostali wczoraj ogromne brawa jeszcze przed rozpoczęciem meczu z Legią, ale potem okazji do aplauzu kibice z Poznania nie mieli zbyt wiele.
Goście z Warszawy przyjechali do Poznania dobrze przygotowani i już od pierwszych minut nacisnęli na Lecha w środku pola. Gołym okiem było widać, że piłkarze Franciszka Smudy nie są sobą, że wbrew buńczucznym zapowiedziom, że "wezmą Legię z marszu", nie byli w stanie grać w swoim stylu. Czyli szybko wymieniać podania w ofensywie i błyskawicznie rzucać się na rywala po stracie piłki. To raczej legioniści grali w myśl tych reguł. Ich trener, Jan Urban dość ostro zrugał Inaki Astiza, który zamiast krótkiego podania, posłał piłkę na kilkadziesiąt metrów. Gdy Urban skończył burę, zrobił z palców okulary i wymownie pokazał je swojemu stoperowi, sugerując, by więcej widział na boisku.
Trener Legii częściej jednak mógł być zadowolony z gry swojej drużyny. Maciej Iwański i Ariel Borysiuk, wsparci jeszcze przez obrońców raczej bez problemów zabierali piłkę Semirowi Stiliciowi, od którego formy zazwyczaj zależy gra Lecha. Słaby był bohater z czwartku Rafał Murawski, który dawno już nie miał tylu niecelnych podań. Gdyby nie z reguły wolny i mało dynamiczny Roger Guerreiro, to właśnie Stilić byłby najmniej ruchawym zawodnikiem w drugiej linii. Cóż, organizmu nie da się oszukać - okazało się, że zawodnicy polskich klubów nie są gotowi do tego, by grać dwa mecze w tygodniu na pełnych obrotach. Stilić wytrwał na boisku tylko do 54. min. Na podmęczonych lechitów czekały przy ich ławce rezerwowych napoje energetyczne, ale nikt po nie nie sięgnął.
Choć Lech oddał pierwszy celny strzał w tym przeciętnym meczu (w 26. min Jan Mucha nie bez problemów złapał piłkę kopniętą przez Jakuba Wilka), to potem Legia miała więcej okazji i to lepszych, by prowadzić. Groźnie uderzali Jakub Wawrzyniak i Maciej Iwański, a gdyby Takesure Chinyama szybciej pobiegł do piłki po strzale Macieja Rybusa, byłby gol.
Na początku drugiej części na krótko zrobiły się emocje. Najpierw Roger, ładną sztuczką techniczną, tzw. krzyżakiem, dośrodkował piłkę pod bramkę Kotorowskiego. Nie przyniosło to gola, podobnie jak efektowny strzał Hernana Rengifo - po jego przewrotce piłka przeleciała tuż obok słupka bramki Legii.
Na murawie nerwowo było jeszcze z innego powodu. Robert Lewandowski, wybrany przez Canal+ piłkarzem września w ekstraklasie, omal nie pokonał Muchy - oddając mu piłkę w geście fair play, przerzucił ją nad słowackim bramkarzem i trafił w poprzeczkę! Nasłuchał się później od legionistów... Nerwówkę uspokoił nieco sędzia, gdy w następnej akcji dał po żółtej kartce Szali i Rengifo za przepychanki po gwizdku.
A z wydarzeń piłkarskich? Nie było ich za wiele. Gospodarze uznali, że stać ich co najwyżej na obronę bezbramkowego wyniku i próby kontrataków, więc na nie się nastawili. Ale takim akcjom najczęściej brakowało precyzji. Dokładności nie było też w grze Legii, więc oba zespoły w ofensywie przypominały bezzębne niemowlaki. Chociaż oba zespoły wiedziały przed meczem, że po remisie Wisły Kraków w Zabrzu, zwycięzca z Poznania będzie liderem ekstraklasy, nikt nie był w stanie wygrać. Więcej ochoty na awans w tabeli po awansie w Pucharze UEFA mieli poznaniacy. W końcówce to oni groźniej atakowali, jednak nie doczekaliśmy się żadnej sensownej okazji bramkowej.
Lech: Kotorowski - Wojtkowiak, Arboleda, Tanevski, Djurdjević - Murawski, Wilk Ż (90. Reiss) - Peszko, Stilić (54. Injac), Lewandowski - Rengifo Ż.
Legia: Mucha - Szala Ż, Choto, Astiz, Wawrzyniak - Borysiuk Ż (68. Giza), Iwański - Radović Ż, Roger Ż, Edson (21. Rybus) - Chinyama (85. Grzelak).