- Nie odpuścimy im nawet milimetra. Będą szły wióry - mówi trener Lecha Franciszek Smuda. - Nasza zasada na ten mecz to: walka i ofensywa - podkreśla.
Na wczorajszym treningu lechici ćwiczyli właśnie grę na bardzo małej przestrzeni. Smuda krzyczał na piłkarzy, by jak najszybciej atakowali rywala, zostawiali im jak najmniej miejsca. - Tak jest - chwalił zawodników, gdy wykonywali jego polecenia. Atmosfera na zajęciach była bardzo dobra, ale nie wszyscy mieli dobre humory po zarządzonym na zakończenie strzelaniu rzutów karnych. Fatalnie uderzał Manuel Arboleda, kiepsko Hernan Rengifo. Jeśli o awansie do fazy grupowej będzie dziś decydował konkurs "jedenastek", obaj raczej będą strzelali w ostateczności. Bez pudła zakończyli trening m.in. Piotr Reiss, Semir Stilić i wracający do kadry Sławomir Peszko. W bramce świetnie radził sobie potężny Ivan Turina, który obronił kilka karnych, ale to teraz zaledwie rezerwowy bramkarz Lecha.
Austriacy na swoim treningu karnych nie strzelali, za to do upadłego ćwiczyli uderzenie głową po stałych fragmentach gry. W ten sposób wbili Lechowi dwa gole w Wiedniu.
"Kolejorz" przegrał tamto spotkanie 1:2 i dziś musi odrabiać straty. Jeśli mu się uda, jako trzeci polski klub awansuje do fazy grupowej Pucharu UEFA. - To może być nasz pierwszy sukces - mówi wiceprezes Lecha Arkadiusz Kasprzak. - Zrobiliśmy bardzo dużo w dziedzinie marketingu, budowania struktury silnego klubu, ale sportowo jeszcze nic wielkiego nie osiągnęliśmy.
Jego zdaniem, Lech walczy w pierwszej kolejności o prestiż, promocję w Europie i radość dla kibiców, także o pieniądze. Jeśli awansuje do fazy grupowej Pucharu UEFA, może zarobić nawet 3 mln zł. - Pomogłoby nam to budować sensowny budżet, który, jak na oczekiwania stawiane Lechowi, ciągle jest na mizernym poziomie - mówi Kasprzak.
A oczekiwania są ogromne. Zainteresowanie meczem z Austrią pokazało to doskonale. W poniedziałek zabrakło już biletów na dzisiejsze spotkanie. Na stadionie będzie komplet - 24 tys. ludzi. - Spokojnie rozeszłoby się jeszcze 10-15 tys. biletów - mówi Kasprzak i spodziewa się trudnego meczu: - Boimy się fauli i chamskiej gry Austriaków. Gramy ładniejszą piłkę i mamy tysiąc razy lepszych oraz bardziej kulturalnych kibiców niż Austria.
Jeszcze przed wczorajszym treningiem okazało się, że Smuda nie będzie musiał się głowić, jak ustawić linię obrony. Ze składu wypadli mu co prawda Bartosz Bosacki i Luis Henriquez, ale do gry gotowy jest Zlatko Tanevski. Niemieccy lekarze zbadali go dokładnie i stwierdzili, że po tym jak wyleczył poprzednią kontuzję, zaczął... źle stawiać stopę. To powodowało ból kolana i opuchliznę. - Będę nosił specjalną wkładkę do butów, która załatwi problem - mówi Tanevski, który zagra dziś u boku Manuela Arboledy na środku obrony. - W Wiedniu graliśmy źle, zbyt daleko od siebie, bo Austria umiejętnie rozciągała grę. Nie było u nas asekuracji i powstawały groźne sytuacje - wspomina Macedończyk i zapewnia, że zespół wyciągnął wnioski z tamtego meczu.
Powrót Tanevskiego oznacza, że w drugiej linii będzie mógł zagrać Dimitrije Injac, ostatnio stoper z konieczności. Jest tam potrzebny, bo ze składu wypadł niezwykle pożyteczny Tomasz Bandrowski. - Nie jestem gotów do gry. Po meczu z ŁKS mam problem z pachwiną - mówił wczoraj niepocieszony. - Niech odpocznie, potrzebuję go na Legię - uspokajał Smuda.
Forma jego piłkarzy i ostatnie zwycięstwa w lidze nie będą miały dzisiaj większego znaczenia. - Nie wiem nawet, czy gdybyśmy zagrali z Austrią tak dobrze jak z Wisłą Kraków, to wygralibyśmy - mówi Dimitrije Injac. - Austrii nie da się porównać do Wisły, to dwa różne systemy gry.
- Austria to niewygodny rywal, gra w niemiecki sposób: twardo, agresywnie, konsekwentnie przez 90 min - twierdzi Smuda.
Przed meczem przynajmniej jeden obowiązek ma z głowy. - Trener w ogóle nie motywował nas przed meczem z Austrią Wiedeń. Nie musiał - mówi Injac.