- Mecz słabiutki, ale emocji nie brakowało. O poziomie lepiej nie wspominać. Nie była potrzebna nam ta dogrywka - mówił trener Legii Jan Urban. Obrońca Pucharu Polski awansował do ćwierćfinału. Po 0:0 i wygranych karnych z Jagiellonią w 1/8 finału.
Jagiellonia przyjechała do stolicy rezerwowym składem. Z graczy, którzy w ostatni weekend rozpoczynali ligowe spotkanie z Lechią Gdańsk (najbliższy ligowy rywal Legii), w Białymstoku zostało aż dziewięciu (w tym 40-letni bramkarz Piotr Lech). Ważniejszy dla trenera Michała Probierza okazał się czekający jego drużynę mecz z również broniącą się przed spadkiem z ligi Cracovią. Z tej okazji na Łazienkowską pofatygował się nowy szkoleniowiec Cracovii Artur Płatek (poprzednio pracował właśnie w Jagiellonii). Legia pucharową konfrontację niby potraktowała poważniej, bo jej skład był zbliżony do podstawowego. Z drugiej strony tylko zbliżony.
W drużynie Jana Urbana też bowiem widać było solidne braki (z podstawowej jedenastki z niedzieli zostało tylko czterech graczy). Nie licząc nawet dłużej kontuzjowanych Sebastiana Szałachowskiego, Edsona i Wojciecha Szali, z powodu lekkiego urazu zabrakło Miroslava Radovicia, zaś Ariel Borysiuk i Takesure Chinyama po prostu dostali wolne. Poza tym wyróżniający się w niedzielnym meczu z Wisłą bramkarz Jan Mucha, Jakub Wawrzyniak, Maciej Iwański, Bartłomiej Grzelak, a do tego Maciej Rybus tylko usiedli na ławce rezerwowych. Był za to Roger Guerreiro, którego za kartki zabraknie w najbliższym spotkaniu ligowym.
To pewne nieszczęście, że tej jesieni te zespoły ciągle na siebie trafiają. Do tej pory niezły był tylko mecz w Pucharze Ekstraklasy w Białymstoku, kiedy padł remis 1:1. Sparing w Warszawie przegrany przez Legię 0:2 był spotkaniem paskudnym. Nie za dobrze też to wyglądało w lidze - tyle że wtedy to legioniści zwyciężyli 2:0. 25 listopada Legia i Jagiellonia zmierzą się jeszcze w Pucharze Ekstraklasy. Znowu w stolicy, w dodatku wówczas już zapewne przy rozgrzebanych z okazji remontu trybunach. Aż strach pomyśleć, jak może wyglądać tamto spotkanie. W dodatku wtedy atmosfery nie podgrzeją karne.
Legia o awans do ćwierćfinału PP niby miała grać poważnie (ale nie grała - zlekceważyła rywala), bo przecież podobno ma ponad 20 równorzędnych piłkarzy i ci, którzy w środę wieczór wybiegli na pustawy stadion przy Łazienkowskiej (ze względu na nikłe zainteresowanie meczem bilety sprzedawano tylko na trybunę krytą), powinni byli jeden ze słabszych zespołów ekstraklasy, w dodatku występujący w rezerwowym składzie, ograć z uśmiechem na ustach. Podczas pierwszych 45 minut ich gra uśmiechu jednak nie wywoływała. Raczej zbiorowe ziewnięcia. Tylko trzy razy "pachniało" bramką, i to wcale nie bardzo. Za każdym razem strzelał Marcin Smoliński. Dwa razy obok, a raz lekko w tzw. światło głową. W tym ostatnim przypadku dokładnie centrował Mikel Arruabarena. Hiszpański napastnik dostał w tym meczu okazję, aby pokazać, że mimo wszystko nie jest nietrafionym transferem. Jedno dobre podanie to jednak stanowczo za mało. Mało go było widać, a kiedy dawał się zauważyć - partolił.
Drugą połowę legioniści zaczęli nieco żwawiej - wszak nikomu nie uśmiechała się dogrywka (goście o zdobyciu prowadzenia nawet nie marzyli, a o awansie decydowało tylko to jedno spotkanie, mecz i rewanż w PP mamy dopiero od ćwierćfinału). Pięć minut po wznowieniu Piotr Rocki uderzył nieznacznie obok słupka. Ale potem znów się uspokoiło. Trener Urban zaczął więc wymieniać piłkarzy. Najpierw wprowadził na boisko Rybusa oraz Grzelaka (tego drugiego za mało pożytecznego w ataku Arruabarenę). W meczu 1/16 finału Legia wygrała z Wisłą w Płocku dopiero po dogrywce, po dwóch bramkach Iwańskiego. Kwadrans przed końcem drugiej połowy przy wyniku 0:0 trener sięgnął więc w końcu także po niego. Jednak i to nie przyniosło efektu - znowu dogrywka.
- Szansę dostało kilku graczy, którzy ostatnio grali mało albo nie grali w ogóle. Ewidentnie jej nie wykorzystali. Ostrzegałem, że Jagiellonia to bardzo wybiegany zespół, bo takie zawsze są zespoły Probierza. Nie poskutkowało. Graliśmy słabo, nie stwarzaliśmy sytuacji. W niedzielę gramy w lidze. Kompletnie niepotrzebna była ta dogrywka - powiedział Urban. - Byliśmy o krok od sprawienia sensacji. Szkoda takiej walki - stwierdził Michał Probierz, trener Jagiellonii. - Dodatkowym utrudnieniem była cisza na trybunach. Cisza nas usypiała - wyjaśniał obrońca gospodarzy Jakub Rzeźniczak. Legia powinna wczoraj wygrać łatwo po 90 minutach. Po co doprowadziła do karnych? To może odbić się czkawką.
W dogrywce Legia nadal przeważała, ale sytuacji prawie nie miała. Pewna niespodzianka, że najbardziej defensywnie ustawionym pomocnikiem stał się Piotr Giza. W 97. minucie Iwański uderzył z wolnego. Dopiero wówczas młody bramkarz Rafał Gikiewicz musiał po raz pierwszy na poważnie interweniować w tym meczu. Na początku drugiej połowy dogrywki po przewrotce Rogera prawie pustą bramkę miał przed sobą Rybus, ale nie trafił. I tyle. Kto by się spodziewał, że do wyłonienia zwycięzcy potrzebne będą karne?
Legia Warszawa - Jagiellonia Białystok 0:0 karne: 8:7
Legia: Skaba - Rzeźniczak, Choto Ż, Astiz, Kiełbowicz - Rocki (67. Rybus), Ekwueme (75. Iwański), Roger, Giza, Smoliński - Arruabarena (67. Grzelak)
Jagiellonia: Gikiewicz - Łatka, Tiago Ż, Norambuena - Dzienis, Everton Ż, Falkowski (95. Niedziela), Renusz (70. Hermes) - Pesir, Kojasević (96. Fidziukiewicz Ż)
Widzów: 2 tys.
Sędziował: Jarosław Żyro (Poznań)