Michał Probierz po dramatycznie słabej wiośnie Jagi otrzymał wolną rękę w budowaniu nowej drużyny. Mimo to w sześciu spotkaniach jego podopieczni wywalczyli ledwie cztery punkty. W niedzielę mieli doskonałą okazję, by udowodnić, że tkwi w nich jednak spory potencjał i tylko potrzebują czasu na zgranie po rewolucji kadrowej.
Początek meczu z mistrzem Polski nastrajał optymistycznie. Probierz dobrze ustawił zespół taktycznie, widać było, że za materiał szkoleniowy posłużył mu mecz krakowian z Lechem Poznań, który Wisła przegrała 1:4. Tamto spotkania rozstrzygnęło się w zasadzie po kwadransie gry, dlatego też białostoczanie od pierwszego gwizdka sędziego zagrali bardzo ambitnie. Chcieli też na pewno wykorzystać zmęczenie rywali spowodowane ciężkim meczem w Anglii. Atakowali przeciwników już na ich połowie boiska, nie odstawiali nogi w żadnym momencie. Niestety, po 20 minutach przebudzili się wiślacy i pokazali, że potrafią wykorzystać nawet najdrobniejszy błąd przeciwnika. Przy wyprowadzaniu akcji piłkę stracił Łukasz Tumicz i krakowianie wyszli na prowadzenie. Na domiar złego zaraz za bezmyślny faul drugą żółtą kartkę otrzymał Tomas Pesir i już było wiadomo, że białostoczanie powinni pożegnać się z marzeniami o zdobyciu choćby punktu.
- Bardzo ciężko było nam cokolwiek zrobić w dziesięciu, chociaż mieliśmy jakieś sytuacje - mówi Probierz.
- Chcąc doprowadzić do remisu, odkryliśmy się, a wówczas Wisła zdobyła drugą bramkę. Był to ciężki mecz na niezłym poziomie, w którym niestety byliśmy gorsi, bo przegraliśmy, a wygrywa ten, kto strzela więcej bramek - dodaje Szymon Matuszek.
19-letni pomocnik Jagiellonii po raz pierwszy zagrał w podstawowym składzie, w którym zastąpił słabo spisującego się wcześniej Evertona. Zawodnik ściągnięty z rezerw Realu Madryt wciąż ma nad czym pracować. Co prawda w defensywie nie popełniał większych błędów, ale jeżeli chodzi o wyprowadzanie piłki, to zaliczał stratę za stratą. Mimo wszystko Matuszek zasługuje na kolejną szansę gry od pierwszej minuty. Tym bardziej że jeszcze mocniej chyba zawodzi inny środkowy pomocnik, Hermes. 34-letni piłkarz miał być niekwestionowanym liderem zespołu, ale niestety nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Ile brakuje mu teraz do najlepszych środkowych pomocników w lidze, można było dosadnie przekonać się w niedzielę, m.in. poprzez sytuację z drugiej części meczu. Brazylijczyk miał niemal identyczną sytuację, jak w pierwszej części Mauro Cantoro, po której zdobył gola na 1:0. Hermes o tym, jak wykończył akcję, powinien jak najszybciej zapomnieć. Po jego strzale futbolówka mogła co najwyżej przestraszyć ptaki przelatujące nad stadionem w Białymstoku, a nie Mariusza Pawełka. Brazylijczyk wczoraj miał jednak inne sprawy na głowie niż roztrząsanie nieudanych zagrań w meczu z Wisłą. Musiał jechać do Wrocławia w sprawie złożenia wyjaśnień udziału jego byłego klubu Korony Kielce w korupcji.
Kolejny problem to atak, a w zasadzie jego brak. Bez strzelania na bramkę rywali nie da się wygrać meczu, a ile celnych uderzeń w starciu z Wisłą mieli białostoczanie? Jedno! Chociaż trudno brakiem strzałów obciążać tylko i wyłącznie napastników, gdyż oni uzależnieni są od podań, a tych po prostu nie otrzymywali. Bez poprawy gry w zasadzie w każdym elemencie i formacji białostoczanie nie mają co liczyć na zdobycie punktów w kolejnych spotkaniach. A zmierzą się kolejno z Ruchem Chorzów (wyjazd), Śląskiem Wrocław (dom), Odrą Wodzisław Śląski (w), Lechią Gdańsk (d), Cracovią (d), czyli z rywalami, którzy do ligowych mocarzy nie należą.
- Wiem, że się cały czas powtarzamy, że będzie rehabilitacja w następnym meczu, ale co możemy więcej zrobić. Pracujemy, biegamy, walczymy, ale nic nie wychodzi. Myślę, że w końcu musi przyjść jakiś moment przełamania - stwierdza obrońca Igor Lewczuk, do którego gry, jako jednego z nielicznych, zarzutów mieć nie można.