20-letni napastnik, zanim strzelił bramkę, na boiskach ekstraklasy przebywał zaledwie 51 minut. Do Cracovii przychodził jako znakomity snajper, ale w IV lidze. Dla Bałtyku Gdynia strzelił 27 goli w jednym sezonie.
W poprzednich rozgrywkach grał wyłącznie w młodej ekstraklasie (siedem goli). W tym sezonie napastnicy Cracovii mają problemy ze zdobywaniem goli, a Kaszuba błyszczał w rozgrywkach młodzieżowych i w Pucharze Ekstraklasy. W piątek pierwszy raz w karierze wyszedł w podstawowym składzie i już w 3. min trafił do siatki. A skazywana na porażkę Cracovia wywiozła remis. Przy okazji pomogła Wiśle wrócić na fotel lidera.
Waldemar Kordyl: Zdobył Pan kiedyś tak szybko bramkę?
Jakub Kaszuba: Nie przypominam sobie. Byłem bardzo zaskoczony, że dostałem szansę od pierwszej minuty. Choć może po cichu trochę na to liczyłem. Wszystko układało się nam jak najlepiej. Psychicznie byliśmy świetnie nastawieni na walkę od początku do końca.
Gol był Pana pierwszym i ostatnim strzałem na bramkę Polonii.
- Tak się złożyło. Zaskoczyliśmy przeciwników. Wyszli na boisko zdekoncentrowani. Dobrze, że tak szybko nam się udało strzelić gola, bo z każdą kolejną minutą byłoby coraz ciężej.
Przeczuwał Pan już w przerwie, że jedna bramka nie wystarczy do wygrania.
- Polonia nieprzypadkowo była liderem ekstraklasy. Trzeba było mocno się napracować, by zdobyć choćby punkt. Po przerwie obie zmiany w Polonii ożywiły atak i na efekty nie trzeba było długo czekać.
Ma Pan żal do trenera, że zdjął Pana przed końcem meczu?
- Absolutnie nie. Już samo wyjście w podstawowym składzie było dla mnie wielkim wydarzeniem. Grałem do 76. minuty, a Marcin Krzywicki, który mnie zmienił, mógł przesądzić o naszej wygranej.
W szatni panowała radość z remisu czy smutek, bo wygrana była tak blisko?
- Czuliśmy niedosyt. Remis przed meczem wzięlibyśmy w ciemno. To dobry rezultat, jeśli wziąć pod uwagę miejsce Polonii w tabeli. Fizyczne pojedynki z duetem stoperów Jodłowiec - Skrzyński nie należały do najłatwiejszych.
Kto najszybciej pogratulował bramki?
- Zaraz po meczu była "gorąca linia". Rodzice byli bardzo szczęśliwi i przeżywali bardzo spotkanie. Trzymali za mnie kciuki i pomogło. Ciocia długo próbowała się dodzwonić i wreszcie się jej udało.
To pierwszy gol strzelony w tym sezonie przez napastnika Cracovii.
- Tym bardziej się cieszę, bo sytuacji wcześniej moim kolegom nie brakowało. Początek mieliśmy zresztą bardzo dobry, oddaliśmy kilka celnych strzałów. Teraz będzie już tylko lepiej, dla wszystkich.
Utorował Pan sobie drogę do pierwszego składu?
- Tak bym do tego nie podchodził. Konkurencja jest duża. Trener wybiera spośród sześciu napastników. Każdy kolejny mecz przyjmę z dużą radością.
Jak to się stało, że trafił Pan do piłki nożnej, skoro tata był szczypiornistą, mama koszykarką?
- Zaczynałem równolegle od piłki nożnej i koszykówki od czwartej klasy szkoły podstawowej aż do gimnazjum. W piłkę grałem w Bałtyku, w koszykówkę w szkole sportowej w Gdyni, w młodej drużynie Trefla Sopot. Po sześciu latach stwierdziłem, że bardziej ciągnie mnie do piłki i sprawia mi ona większą radość.
Godzi Pan uprawianie sportu z nauką na wyższej uczelni.
- Jestem na II roku stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Z piłką nożną nic do końca nie wiadomo. Zawsze może coś nie wyjść. Aż sam jestem zdumiony, że skończyłem pierwszy rok bez problemów. Teraz uczelnia dała mi indywidualny tok studiów.