Piłkarze Wisły pod bramką rywali męczyli się niemiłosiernie. Nie potrafili celnie uderzyć, skierować piłki do siatki z trzech metrów, a okazji z prawdziwego zdarzenia mieli jak na lekarstwo. Podobnie było przez godzinę meczu z Lechią. Wisła nie mogła uzyskać przewagi, a pomysły na zaatakowanie rywali ograniczały się do długich podań. - Strasznie cierpieliśmy na boisku - przyznał Arkadiusz Głowacki, kapitan krakowian. - Różnica między trenerem Skorża a Kasperczakiem? O takich rzeczach nie powinno się mówić.
Skrzydłowi bez skrzydeł
Kasperczak szczególnie zawiedziony mógł być postawą skrzydłowych. Gra bokami jest jego konikiem, tymczasem prawa strona nie istniała, a po drugiej rywale szybko zorientowali się, że Piotr Brożek (przesunięty do pomocy) i Junior Diaz potrafią kopać tylko lewą nogą. Z kolei Patryk Małecki swoje dośrodkowania z pierwszej połowy określił jako dramatyczne.
Po godzinie szkoleniowiec wpuścił na boisko Wojciecha Łobodzińskiego, który zaliczył jeden z lepszych meczów w Wiśle. - Teraz więcej drybluje i gra z większym ryzykiem, a taki styl mu pasuje. Przy skomasowanej obronie mamy większe możliwości na skrzydłach - podkreśla Kasperczak.
Po faulu na Łobodzińskim, mistrzowie Polski mieli rzut wolny, po którym dośrodkował Małecki, podanie przedłużył Paweł Brożek, a gola zdobył Marcelo. To siódma bramka brazylijskiego obrońcy, który jest... najlepszym strzelcem krakowian. - To było szczególne trafienie, po nim opadło z nas całe zmęczenie - podkreśla Głowacki.
Wisła przewagę uzyskała dopiero po drugiej bramce, którą zdobył Tomas Jirsak. Czech wykorzystał złe wybicie piłki przez Pawła Kapsę, bramkarza Lechii i z blisko 30 metrów trafił do siatki. Gola pewnie by nie było, gdyby sędzia liniowy nie zasygnalizował, że piłka minęła linię bramkową. To było dopiero czwarte trafienie Jirsaka od lipca 2007 r., gdy przyszedł do Wisły.
Dzieła dopełnił... rezerwowy Rafał Boguski. 26-letni napastnik niespełna rok temu w meczu z San Marino (10:0) zdobył najszybszą bramkę w historii reprezentacji Polski, ale po tym spotkaniu do siatki trafił tylko raz w spotkaniu przeciwko Górnikowi Zabrze, który prowadził... Kasperczak. Z powodu kontuzji Boguski niemal całą rundę jesienną spędził w gabinetach lekarzy. Wrócił dopiero w październiku i występował średnio po kilkanaście minut. Z kolei wiosnę zaczął bardzo słabo. Maciej Skorża, poprzedni trener Wisły wystawiał go od pierwszej minuty, ale zawodnik męczył się na boisku i w poprzednim spotkaniu z Jagiellonią Białystok usiadł na ławce. - Kiedy wchodziłem, trener Kasperczak mówił, że mam asekurować pomocników, a w miarę możliwości brać udział kontrach. Właśnie tak padła trzecia bramki - mówił Boguski.
Małecki: - Już po strzeleniu pierwszego gola każdy złapał luz i zaczęliśmy grać jak stara dobra Wisła. Zeszło z nas ciśnienie.
Kolejny raz mistrzowie Polski zagrają z Lechią już jutro (godz. 20, stadion Hutnika) o awans do półfinału Pucharu Polski.
Zgrzyt poza boiskiem
Andraż Kirm został zmieniony w 63. minucie. Schodząc z boiska nie podszedł jednak do trenera Henryka Kasperczaka, by podać mu rękę tylko od razu udał się do szatni. Słoweniec tak samo zachował się wobec Ryszarda Czerwca, kierownika zespołu. - Naprawdę tak było? Nawet nie zauważyłem. Zapytam się go o tą sytuację, ale to ludzka reakcja. Ja nawet lubię jak ktoś się w taki sposób zezłości, gdy chce z siebie wydrzeć flaki jak mu nie idzie. Znam zawodników, którzy nawet walili w trenerów koszulami. Nie ma się co tym martwić - uciął Kasperczak.