22 maja Kokoszka wysłał do Wisły Kraków pismo, w którym wypowiedział umowę. Utrzymywał, że jego kontrakt trwa już trzy lata, więc może skorzystać z prawa Webstera i zmienić klub. Dyrektor sportowy Wisły Jacek Bednarz twierdził, że zawodnik podpisał aneks do umowy, więc czas kontraktu liczy się od nowa. Decyzja FIFA potwierdziła nieoficjalne informacje, że aneks nie dotyczył zarobków Kokoszki, ale regulaminu premii, który podpisują wszyscy zawodnicy.
Reprezentant Polski może więc już grać w drugoligowym Empoli, z którym podpisał czteroipółletni kontrakt. W sobotnim meczu z Parmą był rezerwowym. Empoli będzie musiało zapłacić Wiśle równowartość dwuletniego kontraktu zawodnika oraz ekwiwalent za wyszkolenie (powiększony z racji tego, że Kokoszka jest reprezentantem kraju). Nie będzie to więcej niż 400-450 tys. euro.
Robert Błoński, Michał Szadkowski: Odetchnął pan?
Adam Kokoszka: O, tak. Ostatnie trzy miesiące były trudne nie tylko dla mnie, ale też dla rodziny i znajomych, którzy czytali o mnie różne dziwne i nieprawdziwe rzeczy. Bardzo się cieszę, że byli ludzie, którzy mnie wspierali. I nie chodzi tu wcale o tajemniczych doradców czy menedżerów.
To jak to było z pana odejściem z Wisły?
- Na długo przed wysłaniem pisma do Wisły uprzedziłem dyrektora Bednarza, że będę chciał skorzystać z prawa Webstera. Zgodnie z ustaleniami 30 czerwca spotkałem się z prezesem Markiem Wilczkiem i dyrektorem Bednarzem. Rozmowa była krótka - zapytali, czy rzeczywiście podpisałem przesłane do klubu pismo. Następnie poinformowali mnie, że klub chce mnie sprzedać na korzystnych warunkach i nie przyjmuje do wiadomości, że odchodzę na mocy prawa Webstera. Tego samego dnia kazano mi oddać sprzęt treningowy. Życzyliśmy sobie powodzenia i tyle.
Jednemu ze współpracowników pana Bednarza przekazałem na pamiątkę moją koszulkę meczową. Następnego dnia menedżer Cezary Kucharski zadzwonił z ofertą Zenita St. Petersburg, ale podziękowałem za nią. Później docierały do mnie już tylko kolejne rewelacje medialne. Nie odszedłem z Wisły dla pieniędzy, tylko dla lepszej przyszłości. Gdybym odchodził dla pieniędzy, pewnie skorzystałbym z oferty Kucharskiego. Nie przedstawił mi żadnych szczegółów, ale podejrzewam, że w Rosji zarabiałbym więcej niż we Włoszech. Wokół mojego odejścia narosło wiele mitów.
W pewnym momencie miałem wrażenie, zresztą nie tylko ja, że każdy chce się podczepić pod ten medialny temat. Wojciech Kowalczyk, Radosław Osuch, mój były menedżer, który nigdy nie wyszedł z kręgu obietnic, i jeszcze kilka osób, których nawet nie będę wymieniał Im ktoś mniej wiedział, tym więcej mówił. A ci ludzie nie mają nic wspólnego ani ze mną, ani z Wisłą. Zresztą ja nie mam menedżera ani żadnego tajemniczego doradcy. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jak działa rynek piłkarski i że większość młodych piłkarzy nie jest z nikim związana.
To w jaki sposób trafił pan do Empoli?
- To oni mnie znaleźli. A w podpisaniu umowy pomógł znajomy prawnik.
Czy myślał pan o wystąpieniu do sądu o odszkodowanie? Przez Wisłę stracił pan we Włoszech premie meczowe, przez kilka miesięcy nie mógł pan wykonywać zawodu.
- Nie. Mam dość przepychanek. Liczyłem się z tym, że nie będę mógł grać w pierwszych kilku meczach ligowych. Nie rozumiem tylko, dlaczego jako jedyny zawodnik nie otrzymałem premii za mistrzostwo Wisły wywalczone w ubiegłym sezonie. To jedyna rzecz, którą należy wyjaśnić. Warto było walczyć z Wisłą? - Ja nie walczyłem. Skorzystałem z prawa, które mi przysługuje.
Czy gdyby Wisła przekazała certyfikat przed sezonem, grałby pan w pierwszej jedenastce? W sparingach występował pan regularnie.
- Strzeliłem w nich dwie bramki. Na pewno moje szanse były duże. Robiłem i nadal robię wszystko, żeby grać w pierwszym składzie.
Czy teraz trudno będzie wskoczyć do składu?
- Jesteśmy liderem. Tracimy mało bramek. Na pewno nie będzie łatwo, ale wierzę, że będę grać. Gramy trójką lub czwórką obrońców. W sparingach byłem sprawdzony na wszystkich pozycjach, w obronie w każdym wariancie ustawienia. Od maja zagrał pan ledwie cztery oficjalne mecze, wszystkie w reprezentacji.
Jak taka długa przerwa odbiła się na pana formie?
- Miałem w Empoli dobry, bo trwający aż siedem tygodni okres przygotowawczy. Od kiedy zaczął się sezon, gram jedynie w sparingach. Ale rytm meczowy zachowałem. Zdaję sobie sprawę, że dopiero mecze o punkty tak naprawdę pokazują zawodnikowi, w którym jest miejscu.
W Empoli liczy się tylko awans do Serie A?
- Wszyscy w klubie mówią tylko o awansie, jesteśmy na dobrej drodze.
Czy po obejrzeniu kilku meczów Serie B uważa pan, że ta liga jest dla pana odpowiednia?
- Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć, kiedy zacznę grać. Celowo wybrałem słabszą ligę, żeby łatwiej się aklimatyzować i walczyć o pozycję w drużynie. W najlepszych ligach szanse polskich piłkarzy są niewielkie. Na pewno zespoły w Serie B są bardzo wyrównane, a mecze kończą się małą różnicą bramek. Leo Beenhakker mówi o Włoszech, że to ojczyzna obrońców.
Czy po kilku miesiącach treningów sporo pan się nauczył?
- Bardzo dużo uwagi na treningach poświęcamy taktyce w obronie, ale dużej przepaści między Polską a Włochami nie ma. Są za to widoczne różnice w wymaganiach trenera wobec obrońców.
Jak się panu mieszka we Włoszech? W jakim języku pan się dogaduje?
- Przede wszystkim pogoda jest dużo lepsza niż w Polsce. Mieszkam sam. Jestem bardzo zadowolony z warunków. Empoli jest nieporównywalnie mniejsze od Krakowa, więc łatwiej było się przyzwyczaić. Dużo znajomych z Polski zapowiada odwiedziny, jak tylko będę mógł grać, czyli już niebawem. Natomiast nowi znajomi z Włoch chcą zobaczyć Kraków. Kilka osób w klubie mówi po angielsku, ale włoskiego uczę się systematycznie. Na pierwszy ogień poszły zwroty boiskowe, które opanowałem bardzo szybko. Do swobodnej rozmowy jeszcze daleko, ale dogaduję się całkiem sprawnie. Koledzy z drużyny żartują, żebym się tak szybko nie uczył włoskiego, bo chcą podszkolić angielski.