Wygląda pan jak Robinho. Tylko wyższy. Dużo macie wspólnych cech?
Marcelo: Chyba tylko wiek się zgadza (śmiech).
A skłonności do hucznych zabaw?
Słyszałem o problemach z niektórymi Brazylijczykami - że przesadzają z imprezami, że wyjeżdżają na karnawał i nie chcą wrócić. Lubię się uśmiechać, ponurakiem nie jestem, ale generalnie spokojny zemnie człowiek. I rodzinny. Z żoną wolę spacerować po parku, niż chodzić na dyskoteki.
Dwie godziny do treningu, a pan już w klubie. To pokuta?
Zauważyłem, że polscy piłkarze są punktualni, ale tak na styk. Jak trening jest o 12.00, to zjawiają się o 11.59. I od razu po treningu wracają do domu. Ja tak nie mogę i nie chcę. W Brazylii normalnie trenujemy dwa razy dziennie. Tutaj przeważnie raz na dzień. Dlatego zorganizowałem sobie indywidualne zajęcia.
I dlatego ma pan najlepszą kondycję ze wszystkich zawodników Wisły? Tak przynajmniej twierdzi Skorża.
Nie wiem jak inni, ale ja zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach bez pracy nad kondycją niczego się w tym sporcie nie osiągnie. Jak trening jest po południu, to rano jestem już w klubie. Idę do siłowni, biegam. Nikt mi nie każe tego robić, ale ja chcę. Rozmawiałem o tym z trenerem Skorżą. Informuję go o wszystkim, co robię. Mam jego przyzwolenie.