Mięciel tuż przed sobotnim meczem ze Śląskiem zgłosił dolegliwości, które uniemożliwiają mu udział w spotkaniu. Krążą pogłoski, że piłkarz uniósł się honorem po tym, jak dowiedział się, że usiądzie na ławce rezerwowych, a jego miejsce w jedenastce zajmie Dong.
Umowa Mięciela z Legią jest tak skonstruowana, że jeśli zawodnik rozegra w sumie 1500 minut, będzie automatycznie przedłużona. Żeby spełnić ten warunek, napastnik musiałby do końca sezonu zaliczyć jeszcze 691 minut, czyli średnio 77 na mecz. "Przegląd Sportowy" zastanawia się, czy odstawienie Mięciela od składu nie jest przypadkiem celowym działaniem klubu z Łazienkowskiej. Zarówno trener Białas jak i sam piłkarz stanowczo temu zaprzeczają.
- W sobotę miałem dreszcze i gorączkę. Te pogłoski to idiotyzm - mówi Marcin Mięciel. Napastnik w niedzielę nie odbierał telefonu od trenera. - Miał po prostu wyłączoną komórkę, nie że nie odbierał. Dzień później przyszedł do klubu i powiedział, że we wtorek może już trenować. Nie zgodziłem się, powiedziałem mu, żeby odpoczął jeszcze jeden dzień - tłumaczy Stefan Białas. - "Miętowy" nie jest człowiekiem, który by mnie zdradził. Znam go od tylu lat, dlatego wierzę, że poczuł się źle. To zresztą narastało całą sobotę.