Jagiellonia wygrała w piątek czwarty mecz z rzędu, obejmując - pierwszy raz w 90-letniej historii - pozycję lidera rozgrywek. Już na początku sezonu pokonała mistrza i wicemistrza kraju - Lecha Poznań i Wisłę Kraków. Fakt, że przeżywających kryzys; że na własnym boisku, gdzie już wcześniej rzadko oddawała punkty komukolwiek (w poprzednim sezonie wygrał w Białymstoku tylko Lech), ale...
- Cztery zwycięstwa z rzędu i pozycja lidera wymagają chyba szacunku - podsumował w piątek Tomasz Frankowski, jeden z dwóch naszych graczy, który już zdobywał mistrzostwo Polski (drugim jest Marcin Burkhardt; do tego Alexis Norambuena sięgał po laur w Chile, Tadas Kijanskas na Litwie, a Andrius Skerla w Holandii - choć miał w tym niewielki udział).
Frankowski, pytany, czy przed sezonem spodziewał się, że jego zespół będzie na pierwszym miejscu w tabeli, przyznał szczerze: - Nie.
Na co więc stać teraz Jagiellonię?
- No sam nie wiem... Na razie kolekcjonujemy punkty. Myślę, że wszyscy na białostocczyźnie są szczęśliwi - ucina jeden z najlepszych strzelców w historii ekstraklasy, który po pięciu kolejkach obecnego sezonu ma już na koncie cztery trafienia.
- Na kolejne zwycięstwa - odpowiada Jarosław Lato. Doświadczony pomocnik o mistrzostwie nie chciał rozmawiać: - Spokojnie, to dopiero piąta kolejka. Twardo stąpamy po ziemi, wiemy na co nas stać. Walczymy w każdym meczu o trzy punkty i chcemy dobrze się prezentować.
Klarownej deklaracji można za to spodziewać się od Michała Probierza, przeambitnego trenera, który podejmując się budowy zespołu od podstaw w czerwcu 2008 r. (w realiach białostockich, czyli licząc się z każdym groszem), butnie podkreślał, że w ekstraklasie gra się o mistrzostwo.
- Gramy o mistrzostwo, to nie ulega wątpliwości. Nie boję się tego powiedzieć i mówiłem już to przed pierwszym spotkaniem - przypomniał w piątek. - Chcemy grać w piłkę, na pewno nie położymy się na murawie. A co życie pokaże, to jest zupełnie inna sprawa. Trudno byśmy po zwycięstwach z mistrzem i wicemistrzem Polski mówili, że bronimy się przed spadkiem. Chcemy wygrywać każde spotkanie i oby ta seria trwała jak najdłużej. Zrobimy wszystko, by tak było, a problemy innych drużyn nas nie interesują - wypalił Probierz.
Im szybciej Lech, Wisła, Legia Warszawa - etatowi faworyci - opanują swoje kłopoty, tym szanse Jagi na mistrzostwo będą mniejsze. Na potknięcia Polonii Warszawa raczej można liczyć w ciemno. Bo o ile Cezary Kulesza - jeden z właścicieli Jagi - jest atutem naszego klubu i pomaga trenerowi w budowie mocnej ekipy na miarę możliwości, o tyle Józef Wojciechowski (nie licząc jego pieniędzy) Polonii raczej przeszkadza.
Lech przed rokiem po pięciu kolejkach spotkań tracił do lidera (Wisły) aż siedem punktów, by na koniec cieszyć się z mistrzostwa. Teraz ma o pięć mniej od białostoczan.
Polscy krezusi, jeśli na tym etapie rozgrywek byli w czołówce, to także w tym miejscu kończyli sezon. Ale przed dwoma laty w szczycie tabeli początkowo była również Arka Gdynia i Ruch Chorzów. Pierwsza na koniec cudem utrzymała się w elicie, a drugi był dziewiąty. Nie można o tym zapominać
- Kiedy decydowałem się na Jagiellonię przed tym sezonem wiedziałem, że
jest tu już dobry kolektyw i fajny trener
- mówi Tadas Kijanskas. - Andrius Skerla chwalił go jako bardzo perspektywicznego, podkreślał, że wszystko chce wygrywać. On chce, my też. W każdym meczu walczymy o zwycięstwo, nikt nie myśli nawet o remisie.
Michał Probierz może być właśnie tym atutem Jagiellonii w walce o mistrzostwo, którego nie mają inni. Bo czy personalnie białostocka drużyna jest lepsza od Lecha, Wisły, Legii. Polonii? Wątpliwe. Więcej - o wyższości kadry Śląska Wrocław też można byłoby podyskutować, lecz tam wciąż brakuje takiego trenera.
Oczywiście tak mocnego składu jak teraz Jagiellonia jeszcze nie miała. Perspektywistyczny bramkarz Grzegorz Sandomierski. Solidna obrona z reprezentantami Litwy i Thiago Cionkiem, którego brak na sprawdzianach polskiej kadry, wobec jej problemów ze środkiem obrony, można tłumaczyć tylko niezrozumiałą niechęcią Franciszka Smudy. Spodziewający się polskiego obywatelstwa 24-letni Brazylijczyk z Wisłą grał ze stłuczonym mięśniem, ale utykając radził sobie dobrze z niebylejakimi napastnikami, tylko z sygnalizującymi wzrost formy Pawłem Brożkiem i Maciejem Żurawskim.
Niezwykle silną ma Jagiellonia linię pomocy, stąd też najczęściej w wyjściowej jedenastce między napastnikiem a obroną operuje aż pięciu graczy. I tu też dziwić powinna konsekwencja Smudy w pomijaniu przy powołaniach Rafała Grzyba.
Niezgorsi są białostoccy napastnicy - choćby nietuzinkowy Frankowski. W kadrze wciąż tkwią też rezerwy. Jeszcze kilku graczy czeka na swoją szansę pokazania się (Przemysław Trytko, Ndabenkulu Ncube, młodzież - Maciej Makuszewski, Mariusz Gogol, Krzysztof Hus) lub rehabilitacji (Igor Lewczuk ma duże możliwości, ale spalił się w meczach o najwyższą stawkę, jak finał Pucharu Polski, czy starcie z Arisem Saloniki w eliminacjach Ligi Europejskiej).
Skład jest mocny, ale nie niezawodny. Czy wszyscy piłkarze potrafią ustabilizować formę na dłużej na najwyższym poziomie? Probierz na pewno postara się, by dołożyli do tego wszelkich starań. On nie odpuści nikomu choćby najmniej istotnego rozprężenia, nawet podczas treningu. Póki co doskonale radzi sobie także z niedoskonałościami podopiecznych, umiejętnie wkomponowując ich do zespołu - czy to Mladena Kaszczelana, czy nawet Kamila Grosickiego i Tomasza Frankowskiego. Nikt się nie obraża na trenera, że musi usiąść na ławce. Bo jemu nie da się zarzucić na pewno jednego - złej woli. Skoro Kijanskas zasłużył postawą na miejsce w podstawowym składzie, to w piątek w końcu zagrał, chociaż nie na swojej optymalnej pozycji.
- Prawa obrona to dla mnie też żadna nowina - cieszył się z występu. - Pół sezonu grałem już przecież na lewej obronie. Co prawda to inna gra niż na stoperze, jak właśnie grałem dwa mecze w kadrze, ale trzeba umieć się przestawić. A u nas cała drużyna pomaga w defensywie i w ofensywie. Jeśli taki Grosik ma atuty w ofensywie, to są inni, którzy nadrobią jego braki w defensywie.
Michał Probierz
cały czas kombinuje, by było lepiej.
Trudno byłoby spodziewać się zwycięstwa nad Wisłą, gdyby po około 20 minutach rywalizacji szkoleniowiec Jagi nie zmienił ustawienia - nie wycofał z ataku na skrzydło Grosickiego, a Jarosława Laty nie przesunął do środka boiska. Choć momentami lewoskrzydłowy nie potrafił podjąć odpowiedniej decyzji co zrobić z piłką, wypadł bardzo dobrze.
- Chyba mam 36,6 st. C, więc dobrze - humorystycznie ocenił to sam. - Trener zadziałał spontanicznie, bo widział, że w środkowej strefie boiska Wisła nas przebija. Szybko skorygował wyjściowe ustawienie i wygraliśmy.
Białostoczanie wygrali, ale - jak na ironię - w tym sezonie grali już lepiej. Przede wszystkim nie potrafili zdominować Wisły w ataku pozycyjnym, więc wrócili do tego, co robią najlepiej - gry z kontry. I wykorzystali słabość Wisły w defensywie.
- Bardzo cieszymy się z wygranej, ale analiza meczu będzie bardzo długa, najdłuższa z dotychczas rozegranych meczów - nie krył Probierz. - Zespół klasowy nie może pozwolić na to, by grający w dziesiątkę przeciwnik stwarzał sobie tyle sytuacji w ostatnich minutach.
Do nazbyt asekuracyjnej gry po przerwie odniósł się też Lato: - Generalnie nie wiedzieliśmy na co nas stać. Jeszcze dzień przed meczem w treningu nie brali udziału Skerla, Kijanskas, czy Kupisz. Dopiero powracali z kadry, więc po przyjeździe mieli tylko rozruch, nie trenowali normalnie z nami.
W kolejnych meczach żółto-czerwoni
będą już grali z etykietą faworyta.
Muszą więc radzić sobie z presją.
- Z jednej strony oczekiwania rosną, ale z drugiej rywale podchodzą do nas z większym szacunkiem. To dobrze, że wszyscy oczekują od nas zwycięstw - twierdzi Cionek.
Jeśli białostoczanie chcą dłużej liczyć się w walce o mistrzostwo, muszą wygrywać na wyjazdach z takimi rywalami jak Arka (kolejny przeciwnik). Grać skutecznie jak ostatnio i efektownie, jak wcześniej.
- Kolejne mecze będą trudniejsze, bo nikt nie będzie nas już lekceważył i traktował jako kopciuszka. Chcemy dalej mknąć i uciekać tym z dołu... i tym z góry tabeli - mówi Probierz.
- Już w tamtym sezonie udowodniliśmy chyba to, że nikt nie może nas lekceważyć - ripostuje Grosicki. - Poradziliśmy sobie z minus dziesięcioma punktami, zdobyliśmy Puchar Polski. Teraz, po tym meczu w głowach może się zagotować, bo walczymy o mistrza.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok