Zrozumiałe, że dla obrońcy tytułu Lecha Poznań istotniejsze na starcie rozgrywek były europejskie puchary, Wisła Kraków przyjechała do Łodzi zajęta poszukiwaniami nowego trenera, a Polonia Warszawa oszołomiona trzema kolejnymi zwycięstwami uznała prawdopodobnie, że remis na beniaminkowych peryferiach ekstraklasy wcale nie będzie zły - ale nawet wziąwszy pod uwagę, że każdy z tych meczów to zaledwie epizod w walce o całosezonowe trofeum, ktoś, kto oglądał z trybun wszystkie, natychmiast chce zrobić doraźne zestawienie sił ligowych mocarzy.
Po szalonych - biorąc rozmach i kwoty - transferach Józefa Wojciechowskiego Polonia wyrosła latem na czwartego, równego dotychczasowym, kandydata do rozdawania kart w ligowym brydżu. I w pierwszym miesiącu aż trzech sprawdził na własnym boisku Widzew. Łodzianie ani razu nie wygrali (1:1 z Lechem, 0:1 z Wisłą, 0:0 z Polonią), ale pokazali, że nowicjusz nie musi mieć kompleksów. Bo rywale w komplecie zawiedli.
Najsłabiej wypadła Polonia. Jedyne, czym lider w Łodzi imponował, to gra obrony solidnie prowadzonej przez Radka Mynarza. Tyle że mająca w składzie bardziej topornych stoperów Wisła pozwoliła Widzewowi zorganizować znacznie mniej groźnych akcji, a i Lech pozbawiony przecież wstrząśniętego mózgu Bartosza Bosackiego pozwolił łodzianom na dużo mniej niż Polonia. Jose Mari Bakero powinien dać na mszę za to, że w drugiej połowie jego drużyna nie straciła gola.
Ale w środku pola, a tym bardziej w liniach ofensywnych lider był jeszcze słabszy. O ile Lech i Wisła potrafiły znaleźć drogę do bramki rywala, o tyle Polonia nawet nie miała prawa o tym myśleć. Okazję miała dosłownie jedną, zmarnowaną przez droższego od złota Artura Sobiecha. Później (i wcześniej zresztą też) zespół, który w trzech poprzednich kolejkach zdobył siedem goli, nie był w stanie zbudować ani jednej sensownej akcji. Debiutujący w polskiej lidze od początku meczu Ebi Smolarek miał jedno udane zagranie, kiedy ładnym zwodem minął wroga po prawej stronie i ładnie dośrodkował, a z kolei kreowany na gwiazdę Bruno grał wyłącznie do tyłu. O Sobiechu lepiej nic nie pisać.
Trener Bakero próbował zrzucać po słabym meczu odpowiedzialność na sędziego, ale chyba nikt z czujnych obserwatorów meczu Widzew - Polonia nie wie, o co mu chodziło. Po serii trzech wygranych jego drużynie trafił się słabszy dzień i nie można się pozbyć wrażenia, że - nie licząc przerwy reprezentacyjnej - to dobrze, iż za dwie kolejki prowadzący w tabeli poloniści staną naprzeciw Lecha w Poznaniu. To dopiero może być pierwszy prawdziwy test portfela Józefa Wojciechowskiego.
16
tyle razy w meczu Widzew - Polonia piłkarze gości podawali piłkę do własnego bramkarza