Kilka dni temu Robert Maaskant był jeszcze świeżo upieczonym szkoleniowcem holenderskiego NAC Breda, z którym podpisał kontrakt za 300 tysięcy euro rocznie. Szkoleniowiec tłumaczy dlaczego zrezygnował z prowadzenia drużyny. W klubie podobno zaczęły się problemy z pieniędzmi, a zapewnienia szefów Bredy o budowie drużyny walczącej o europejskie puchary okazały się mrzonką.
- Dyrektor przeliczył się z pieniędzmi. Zamiast 24 piłkarzy w kadrze, co powinno być jakąś normą, miałem już tylko 16-17 zawodników. Zbiegło się to w czasie z wizytą szefów Wisły. Rozmawialiśmy kilka godzin. Spodobało mi się - opowiada Maaskant.
Holender nie zamierza robić w Krakowie rewolucji personalnej. Nie sprowadzi do Polski swojego sztabu, zaufa ludziom, którzy znają realia klubowe. Otwarcie przyznaje jednak, że w Wiśle jest, aby odbudować swoje nazwisko. Przypomina także, że był najmłodszym trenerem w lidze holenderskiej, choć legitymującym się już sporym doświadczeniem.
- Jeśli odniosę sukces w Wiśle zgłosi się ktoś z tych Niemiec albo Anglii. Nie wybiegam jednak tak daleko w przyszłość. Mam dwuletni kontrakt z Wisłą, chciałbym zrobić z tym klubem coś dobrego - mówi Maaskent.
- Przejście z drużyny środka tabeli ligi holenderskiej do takiego zespołu jak Wisła, jest dla mnie krokiem do przodu - deklaruje na koniec wywiadu Holender.