Baw się z nami w Wygraj Ligę! Wygraj 20 000 zł.Po sprzedaniu Roberta Lewandowskiego Lech straszy tylko nazwą. Nie wystraszyli się jej Azerowie z Interu Baku, piłkarze Jagiellonii Białystok, gracze Sparty Praga. Nie wystraszył się też beniaminek z Łodzi, choć prowadzi go niedoświadczony Andrzej Kretek. Pojedynek z Lechem był dla niego czwartym na ławce trenerskiej. Do dwóch porażek i remisu - sprzed lat, ostatnio pracował tylko z młodzieżą - dołożył w sobotę kolejny.
Trudno ocenić, dla kogo punkt zdobyty na rozpoczęcie sezonu jest większym osiągnięciem. Widzew bardzo dobrze rozpoczął mecz, zepchnął zagubionych poznaniaków do obrony i miał dwie dobre okazje, by prowadzić. Miałby jeszcze jedną, gdyby sędzia się nie pomylił i podyktował rzut karny po faulu Seweryna Gancarczyka na Tomaszu Lisowskim.
Po 20 min Lech się pozbierał, zbudował nawet kilka akcji, ale w polu karnym łodzian powtórzył błędy z poprzednich spotkań tego lata. Pod bramką rywala gościom brakowało pomysłu na wykończenie akcji, zdecydowania czy wreszcie precyzji przy strzałach. Raz nawet szczęścia, gdy po uderzeniu piłki głową przez Bartosza Bosackiego świetnie obronił Maciej Mielcarz.
W drugiej połowie Widzew atakował jeszcze bardziej żywiołowo, a przy tym chaotycznie, Lech zaś zbyt wolno i mało dokładnie. Zanosiło się na to, że żadna z drużyn nie zrobi drugiej krzywdy. O ile jeszcze postawę rozemocjonowanych gospodarzy można było jakoś wytłumaczyć, o tyle grę Lecha zrozumieć coraz trudniej. Trudno wskazać zawodnika, który grałby na swoim poziomie z mistrzowskiej wiosny. Ogromnym rozczarowaniem jest postawa ważnych graczy z tamtego sezonu - jak choćby Semira Stilicia, który nie tylko nie panował w Łodzi nad piłką, ale przegrał chyba wszystkie starcia, w których trzeba było siły fizycznej. To może nie nowość - Bośniak nieraz był trzymany na boisku po to, by jednym podaniem otworzyć koledze drogę do bramki. W sobotę z każdą minutą malały jednak szanse, że Stilić je wykona. Po tym piłkarzu najlepiej widać, że z mistrzami Polski dzieje się coś niedobrego.
Trener Jacek Zieliński, zdejmując z boiska Stilicia i wpuszczając Artjomsa Rudnevsa, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Zatrudniony w środę Łotysz strzelił w debiucie głową bardzo ładnego gola i dał Lechowi prowadzenie w 77. min. Mniejsza jednak o bramkę. Rudnevs na tle reszty lechitów - nawet uwzględniając to, że wszedł wypoczęty - wyglądał, jakby biegał po innej nawierzchni. Był zdecydowanie szybszy od reszty, bardziej żwawy, miał przyspieszenie. Czy dlatego, że dotychczas grał i trenował tylko na Węgrzech - w swoim dotychczasowym klubie?
W podejrzeniu, że lechici nie są gotowi do gry na najwyższych obrotach przez 90 minut, utwierdza kolejna w tym sezonie bramka stracona w ostatnim kwadransie. Była ona efektem nieuwagi, i to nie całej drużyny, lecz bramkarza Jasmina Buricia. W tym przypadku nos Zielińskiego zawiódł. Trener postawił na bohatera poprzedniego sezonu, a zrezygnował z Krzysztofa Kotorowskiego, który tego lata miał już swoje dni chwały. Młody Bośniak bronił w Łodzi dobrze do 84. min. Wtedy puścił kuriozalnego gola: piłka po strzale Darvydasa Sernasa leciała po ziemi, niemal w środek bramki, prześliznęła się jednak po rękach Buricia i wylądowała w siatce.
Na półtora tygodnia przed pojedynkiem z Dnipro Dniepropietrowsk o wejście do grupy Ligi Europejskiej Lech tkwi w kryzysie. - Ten mecz był bardzo przeciętny w naszym wykonaniu, ale strzelając bramkę w końcówce, mając tak rutynowany zespół, nie można dać sobie wydrzeć zwycięstwa - mówił Zieliński. - Do meczów z Ukraińcami zostało trochę czasu i będziemy robili wszystko, by wtedy wyglądać lepiej.
Dziś trener Lecha ma się spotkać z prezesem klubu. Na życzenie tego drugiego.
Stilić skarży się na Zielińskiego Myślę, że nie jestem w najlepszej formie, ale nie było tak od początku tego sezonu. W Azerbejdżanie grałem dobrze, a trener zdjął mnie z boiska ok. 60. min. Nie wiem dlaczego. Jestem zawodnikiem, który potrzebuje dużo grać, żeby być w dobrej dyspozycji. Tak było u trenera Smudy. On pozwalał mi grać, żebym mógł przełamać kryzys. Teraz, gdy wypadnę źle, to od razu ląduję na ławce. Potrzebuję gry, żeby się przełamać, i myślę, że ludzie w klubie to wiedzą. U Smudy też nawet przez pięć, sześć spotkań zagrałem katastrofalnie i dziennikarze pytali, czy mam zapis w kontrakcie, który gwarantuje mi występy bez względu na dyspozycję. Wówczas Smuda poczekał, aż odzyskam formę, i myślę, że trener Zieliński też powinien to zrobić. Wtedy będzie dobrze.