Pierwsza połowa piątkowego meczu Lechia - Legia była znakomita. Głównie dzięki z polotem grającym biało-zielonym. Po 10. minutach wydawało się wręcz, że gdańszczanie zmiażdżą pogrążoną w kryzysie Legię. Prowadzili 2:0 i wydać było, że nie zamierzają na tym poprzestać. Obrońcy Legii nie radzi sobie z kombinacyjną grą Lechii, a szczególne problemy z Dawidowskim miał Inaki Astiz. Hiszpański defensor szybko złapał żółtą kartkę, a potem kilka razy ponownie nieprzepisowo zatrzymywał lechistę. Wydawało się, że czerwona kartka dla Astiza jest tylko kwestią czasu. Tymczasem Astiz ochłonął, a na usunięcie z boiska zaczął pracować... Dawidowski. Po starciu z bramkarzem Legii Janem Muchą sympatykom Lechii zadrżały serca, na szczęście sędzia Włodzimierz Bartos słusznie uznał, że to Słowak był sprawcą "kolizji". Drugiej żółtej kartki dla Dawidowskiego nie było, niemniej jednak w przerwie trener Kafarski doszedł do wniosku że nie może ryzykować i wprowadził na boisko Marcina Kaczmarka. - To nie była łatwa decyzja, bo Dawidowski był kluczowym zawodnikiem. Ale uznałem, że niebezpieczeństwo związane zatrzymaniem go na boisku było zbyt wielkie. Teraz jednak zastanawiam się, czy nie lepiej było poczekać ze zmianą... - tłumaczył Kafarski.
Czy Kafarski słusznie obawiał się czerwonej kartki dla "Dawida"? - Trener się bał, ale niesłusznie, bo na drugą połowę wyszedłbym już stonowany i spokojny - mówi Dawidowski. - Fakt, że głowa mi się trochę zagrzała, ale skoro dotrwałem do końca pierwszej połowy, a wcześniej nigdy w meczu nie dostałem dwóch żółtych kartek, to jestem pewny, że nie osłabiłbym drużyny. Czułem się bardzo dobrze na boisku, miałem ochotę dalej grać. Ale szanuję decyzje trenera i na pewno nie powiem, że gdybym został na boisku, to byśmy wygrali - dodał Dawidowski. W każdym razie Kafarski zapowiedział, że przeprowadzi rozmowę z Dawidowskim, który zobaczył kolejną głupią żółtą kartkę.
Ciężko stwierdzić, co by było, gdyby Dawidowski został na boisku, ale faktem jest, że bez niego Lechia w drugiej połowie nie istniała w ofensywie. Biało-zieloni nie stworzyli ani jednej sytuacji podbramkowej i pozwolili wstać z kolan Legii, której bohaterem został ten, który szybko miał zostać wyrzucony z boiska, czyli Astiz. Hiszpan strzałem głową zdobył bowiem zwycięską bramkę dla gości.
- Ani na moment nie zrezygnowaliśmy z wygranej. Zwycięstwo w takich momentach buduje atmosferę wokół drużyny. Nasze morale zostało podbudowane - cieszył się Maciej Rybus z Legii. Jego drużyna zostaje w walce o mistrzostwo Polski, natomiast Lechia nadal nie potrafi ograć w lidze drużyny z wielkiej trójki. A z Legią przegrała dziewiąty mecz z rzędu. Na pokonanie legionistów czeka już 49 lat.
Tomasz Kafarski - trener Lechii
Jestem rozczarowany, bo wydawało się, że wygramy ten kluczowy mecz i to będzie przełom w konfrontacjach z czołowymi drużynami w lidze. Niestety musimy na to jeszcze trochę poczekać. Pół godziny świetnej gry jednak nie wystarczyło. Do sukcesu zabrakło nam tego, co pokazała Legia w drugiej połowie. Zostawiliśmy legionistom zbyt wiele miejsca, nie potrafiliśmy przetrzymać piłki, odpowiednio zareagować. Legia wrzuciła wysoki bieg i nie byliśmy w stanie temu sprostać. Rywale byli wszędzie. Uważam jednak, że nie przegraliśmy tego meczu fizycznie, ale mentalnie.
Stefan Białas - trener Legii
Przyjechaliśmy na trudny teren, do drużyny, która w tygodniu sprawiała wielką niespodziankę w Pucharze Polski eliminując mistrza Polski Wisłę Kraków. Mimo tego absolutnie nie spodziewałem się tego, że w ciągu pierwszych dziesięciu minut nie dotkniemy ani razu piłki i stracimy dwa gole. Tym bardziej moim piłkarzom należą się brawa, zachowali się fantastycznie. Drużyna w takim kryzysie, w takiej ciężkiej sytuacji, nie straciła wiary, pokazała nieustępliwość i charakter. Myślę, że jest w tym też moja zasługa, każdy mecz dokładnie analizowałem i wprowadzałem poprawki.
Paweł Nowak - pomocnik Lechii
Zagraliśmy świetne 30 minut, ale szkoda, że tylko tyle. Gdyby udało się nam wykorzystać jeszcze jakąś okazję, to Legia by się już nie podniosła. A być może wystarczyło, żebyśmy tylko dłużej utrzymywali się przy piłce.... Może zabrakło nam trochę wiary, że pokonamy Legię. Nagle wszystko stanęło i ciężko mi to wytłumaczyć.
Łukasz Surma - pomocnik Lechii
Początek meczu to był nasz koncert. Prowadziliśmy 2:0, mieliśmy cały stadion za sobą i szanse, żeby strzelić kolejne gole. Gdybyśmy strzelili na 3:0, to myślę, że legioniści już by się nie podnieśli. A tak pokazali, że są klasową drużyną, zaczęli fajnie grać piłką, a po strzeleniu pierwszego gola uwierzyli, że mogą z nami wygrać. My za mało byliśmy przy piłce, żeby pogonić Legię.
Krzysztof Bąk - obrońca Lechii
W drugiej połowie obniżyliśmy loty i każdy będzie miał coś sobie do zarzucenia. Ja sobie na pewno też - obejrzę ten mecz w telewizji i wytknę sobie wszystkie błędy. Zabrakło nam jednego gola by zamknąć temat, tak jak w meczu z Wisłą. Tam też straciliśmy gola na 2:1, ale szybko strzeliliśmy następną bramkę. Tym razem zabrakło nam wyrachowania i mądrości boiskowej. Na pewno naszym zamiarem nie było cofnięcie się i czekanie na wyrok, choć tak to mogło wyglądać.
Szybka Lechia
Piłkarze Lechii są specjalistami od strzelania szybkich goli. Zaczęło się jeszcze w poprzednim sezonie. W maju 2009 roku w meczu z Wisłą biało-zieloni trafili do siatki - a konkretnie Paweł Buzała - już w 17. sekundzie. Wiślacy nie wyciągnęli z tego chyba należytych wniosków, bo w miniony wtorek w ćwierćfinale Pucharu Polski w Krakowie Łukasz Surma strzelił im bramkę w 40. sek. A w piątek w meczu z Legią Paweł Nowak skierował piłkę do bramki Jana Muchy w 27. sek. Szkoda tylko, że piorunujące otwarcie tylko raz - w pucharze z Wisłą - przyczyniło się do wygrania meczu. Ligowe stracie z Wisłą i to ostatnie z Legią zakończyły się bowiem porażkami odpowiednio 2:4 i 2:3. Przez to Lechia cały czas nie może wygrać z zespołami z pierwszej trójki w lidze. Inaczej było w Pucharze Polski, który staje się teraz głównym celem Lechii w tym sezonie. Ciekawe czy w meczach półfinałowych z Jagiellonią Białystok gdańszczanom także uda się przeprowadzić bramkową akcję już na początku meczu? Lechia nie może zapominać jednak o końcowych minutach - w poprzednim sezonie została wyeliminowana z PP przez Jagę po golu w 90. min.