Marek Bajor: Musimy się utrzymać

Rozmawiał Grzegorz Szczepaniak
2009-12-30, ostatnia aktualizacja 2009-12-30 11:04

- Najważniejszym celem Zagłębia jest oczywiście utrzymanie się w ekstraklasie. O pucharach będziemy myśleć w bardziej stosownej sytuacji - mówi Marek Bajor, trener piłkarzy Zagłębia Lubin.

Marek Bajor, trener Zagłębia Lubin
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Marek Bajor, trener Zagłębia Lubin


Grzegorz Szczepaniak: Nominacja na pierwszego trenera Zagłębia jest dla Pana bardziej problemem czy szansą? W ostatnich tygodniach nie wyglądał Pan na entuzjastę zatrudnienia siebie w Lubinie jako następcy Smudy.

Marek Bajor (trener piłkarzy Zagłębia): Może to rzeczywiście tak wyglądało, ale nie w tym rzecz, że nie chciałem. Po prostu nie wierzyłem w taką możliwość. Nie sądziłem, że Zagłębie zdecyduje się na taki wariant. Ale bardzo się cieszę z tej nominacji. To dla mnie ogromna odpowiedzialność, ale i szansa. Czuję też wsparcie zespołu i kibiców, to ważne.

Trener Smuda wspominał o Panu odkąd stało się jasne, że jest poważnym kandydatem do objęcia funkcji selekcjonera, więc pewnie to on namówił Pana do kandydowania.

- Istotnie. Trener Smuda zaczął ze mną na ten temat rozmawiać, kiedy dostał nominację. Przekonywał, że to najlepszy pomysł. Zespół nas zaakceptował, a metody pracy, które stosowaliśmy, nie budziły zastrzeżeń piłkarzy. Efekty pokazywały, że nasze pomysły są dobre, że warto je kontynuować. Trener Smuda mówił mi: "Przecież wiesz, co i jak. Rozumiesz, na czym nasza praca polega, weź Zagłębie". Namawiał, namawiał i namówił, no ale chyba najważniejsze było tu zaufanie ze strony władz klubu. Bez tego trenerem Zagłębia nie zostałbym.

Proszę przypomnieć, jak Marek Bajor piłkarz stał się trenerem.

- Jeszcze jako zawodnik prowadziłem zajęcia z młodymi piłkarzami Amiki Wronki. Potem przeszedłem całą drogę trenerską, kiedy buty piłkarskie już powiesiłem na kołku. Grupy juniorskie, młodzieżowe, asystentura w Amice. Następnie przejście do Lecha przy połączeniu klubów i współpraca z Franciszkiem Smudą w pierwszym zespole. Powoli piąłem się w tej hierarchii. Wciąż jestem młodym człowiekiem, nowicjuszem, no ale jednak mam trochę doświadczenia.

Wróćmy jeszcze do Pana piłkarskiej kariery. Nigdy nie wyjechał Pan za granicę, był wierny polskim klubom. Miał Pan jednak i propozycje i "papiery" na granie w zachodnich ligach. Dlaczego Pan tam nie wyjechał?

- Mam trochę jakiegoś wewnętrznego żalu, że nie pojechałem grać w innych, niż polskie klubach. Rzeczywiście, propozycje takich kontraktów się pojawiły, ale ja cały czas trafiałem do lepszych klubów w naszym kraju. Z Dębicy uciekłem przed problemami do Widzewa, który był wtedy bardzo dobrze zorganizowany. Zanim tam na dobre zaczęły się kłopoty, wylądowałem w Amice, a to już był naprawdę profesjonalnie prowadzony klub, najwyższy poziom. Lata jednak leciały. Pojawiły się dzieci. Kiedy pierwsze poszło do szkoły, a drugie przyszło na świat, uznaliśmy z żoną, że nie ma sensu już niczego zmieniać, że to, co mamy, nie jest złe, że nie ma miejsca na jakieś rewolucje. Dlatego z propozycji podjęcia pracy na Zachodzie nie skorzystałem.

Jest Pan jednym z Polaków, którzy jako ostatni grali w barwach naszego klubu w Lidze Mistrzów. Czego potrzeba, aby znowu tam zagrała polska drużyna? Czy to tylko kwestia zwiększenia budżetu mistrza Polski?

- Nie, myślę, że chodzi o coś innego. To nie pieniądze tworzą zespół tylko zawodnicy. Przy odrobinie szczęścia można się do tych rozgrywek dostać. Zwłaszcza teraz, kiedy wymogi zostały obniżone. Zresztą są zespoły, które budżetu nie mają ogromnego, a grają w tych rozgrywkach.

To prawda, ale nie w tym rzecz, żeby liczyć na łut szczęścia, tylko na trwałe zadomowić się w europejskich pucharach. Sami z trenerem Smudą mówicie, że Zagłębie ma być wizytówką KGHM. Nie sądzę, aby wizytówką tylko na polskim podwórku.

- Oczywiście, że wszyscy sobie zdajemy sprawę, jakie mają budżety kluby, które praktycznie stale grają w Lidze Mistrzów. Nie sądzę jednak, aby znalazł się sponsor, który wyłoży w Polsce takie pieniądze. Musimy liczyć siły na zamiary. Zastrzegam jednak, że z perspektywy Zagłębia dzisiaj najważniejszą rzeczą jest się utrzymać w ekstraklasie. O pucharach będziemy myśleć w bardziej stosownej sytuacji. Oczywiście to jest jakiś cel, ale dzisiaj mamy bardziej konkretne i możliwe do zrealizowania zadanie, to jest utrzymanie.

Powiedział Pan, że Amica, w której Pan grał i rozpoczynał karierę trenerską, to był klub idealny. Zagłębiu dużo do tego ideału brakuje?

- Zagłębie to naprawdę dobrze zorganizowany klub. Może nie idealnie, ale dobrze. Myślę, że największym problemem jest brak stabilizacji i nie chodzi tylko o stanowisko pierwszego trenera. Także wśród działaczy musi to być bardziej stabilne i wierzę, że będzie. O tych wszystkich kwestiach otwarcie rozmawialiśmy z władzami klubu. Myślę, że działacze też zdają sobie sprawę z pewnych niedoskonałości i je poprawią.

Trener Smuda mówił, że przez ostatnie lata wiele się tu zmieniło, jeśli idzie o podejście do klubu ze strony właściciela. Pan też to odczuwa?

- Nie pracowałem z trenerem Smudą, gdy był pierwszy raz zatrudniony w Lubinie, więc nie mam porównania. Wiem natomiast, jak ogromne jest zainteresowanie Zagłębiem ze strony zwykłych górników czy ich szefów. Byłem zaproszony na barbórkę, liczba rozmów i pytań na temat klubu mnie zaskoczyła. Widać, że jest on czymś ważnym, że leży na sercu mieszkańcom. Lubin to nie jest metropolia, więc wcale się temu nie dziwię. W końce klub w ekstraklasie to jest jakaś rozrywka, a tych tutaj brakuje. Ale to na pewno tylko jeden z powodów tego zainteresowania i pewnie nie najważniejszy. KGHM nie budowałby też stadionu tylko po to, aby stał przy drodze. Tu jest pewna spójna myśl, chęć realizacji określonego zadania i to się rzeczywiście czuje.

Przed Panem proste wydawałoby się zadanie: utrzymać zespół w ekstraklasie. Tak naprawdę musi Pan jednak budować drużynę od podstaw. Ta, którą kilka lat temu zaczął budować m.in. Smuda, a największy sukces osiągnął Michniewicz, przestała faktycznie tej jesieni istnieć.

- Patrzę na to zupełnie inaczej. Mamy szkielet zespołu. Są w Lubinie już piłkarze, na których można oprzeć zespół. Oczywiście, że potrzebuje on wzmocnień. Nie uzupełnień, ale wzmocnień i o takie się staramy. Zostali wyselekcjonowani piłkarze, z którymi rozmawiamy. Te rozmowy są w niektórych przypadkach zaawansowane i liczę na ich pomyślne zakończenie. Pracy jest sporo, ale też Zagłębie po wzmocnieniach nie powinno mieć wielkich problemów z utrzymaniem. Potem można zacząć budować zespół, który powalczy o więcej. Na pewno jednak nie należy się spodziewać żadnej rewolucji personalnej.

Porozmawiajmy więc o personaliach. Na jakie pozycje szukacie wzmocnień?

- Najkrócej mówiąc: do każdej formacji. Potrzeba nam bramkarza, obrońcy, pomocnika i napastnika. I z zawodnikami na te pozycje rozmawiamy. Są różne opcje: piłkarze zagraniczni, Polacy. Rynek jest trudny, ale też nasze działania bardzo konkretne.

Zgodzi się Pan z tezą, że dwie pozycje wymagają najpilniejszych wzmocnień: środek obrony i pomoc, a konkretnie ofensywny rozgrywający?

- Tak, to najpilniejsze potrzeby. Nie jest tajemnicą, że w środku obrony mamy ogromny problem. Wiem, że Stasiak gra zupełnie inaczej, gdy ma obok siebie pewnego partnera. Brak ofensywnego rozgrywającego był jesienią aż nadto widoczny. Dlatego rozmawiamy z bardzo konkretnymi piłkarzami na te właśnie pozycje i wierzę, że rozmowy te zakończą się sukcesem i zespół zostanie wzmocniony.

Czy tych czterech nowych piłkarzy to koniec potrzeb Zagłębia?

- Rozeznanie mamy szersze, wariantów jest kilka, pomysłów na grę zespołu w zależności od efektów tych negocjacji też parę. To wszystko jest w toku, wymaga cierpliwości. Ja wiem tylko, że bardzo chciałbym 12 stycznia mieć już całą drużynę w komplecie.

Padną jakieś nazwiska?

- Mogę powiedzieć, że rozmawiamy z menedżerem Costy, aby zakończyć okres wypożyczenia i podpisać z piłkarzem kontrakt. Jestem optymistą i wierzę, że do tego dojdzie. Co do innych personaliów to musimy poczekać.

Jammeh Abdou, Awenayeri Douglas, Bojan Isailović, Andrzej Niedzielan, Muhamed Džakmić. Co Pan powie o nich?

- Część z nich znamy, część chcielibyśmy poznać. Lista graczy wywołujących nasze zainteresowanie na tych piłkarzach się nie kończy, ma więcej niż pięć pozycji. Niektórzy to zawodnicy do grania od zaraz. Niektórych trzeba sprawdzić. Proszę pozwolić nam popracować. Najważniejsze, że wzmocnienia będą.

A co z piłkarzami, z którymi chcecie się rozstać lub ich wypożyczyć?

- Wszystko jest uzależnione od tego, kogo pozyskamy. Jest grupa graczy, z których chcielibyśmy zrezygnować. Są tacy, których chcielibyśmy ogrywać w seniorskiej piłce w niższych klasach rozgrywkowych i tam im się przyglądać. Proszę jednak nie oczekiwać, że wskażę o kogo chodzi. To wszystko jest uzależnione od efektów rozmów transferowych do klubu.

Ale to, że Robert Kolendowicz odchodzi, chyba może pan potwierdzić. Tak samo Piotr Świerczewski.

- Potwierdzę tylko, że kończy mu się właśnie kontrakt i że zamierzam się z nim spotkać 12 stycznia i porozmawiać. Świerczewski poprosił o rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron.

Co z lubińską młodzieżą? Zawodnicy tworzący zespół w Młodej Ekstraklasie są mistrzami Polski w swojej kategorii wiekowej i zdecydowanymi liderami rozgrywek. Do gry w pierwszym składzie się nie nadają?

- Bardzo uważnie się im przyglądamy. Prawda jest jednak taka, że oni na Młodą Ekstraklasę są za silni, a do dorosłej ligi trochę im brakuje. Miernikiem jest tu postawa choćby Caiado. Portugalczyk w Młodej Ekstraklasie błyszczał, a jego występy w pierwszym zespole były po prostu słabe. Sam zrozumiał, że się nie przebije i poprosił o rozwiązanie kontraktu. Jego kolega Dinis chyba podejmie jeszcze rękawicę i powalczy o miejsce w składzie. Wracając do młodych, to zamierzamy włączyć do zespołu dwóch, może trzech takich zawodników. Już teraz w drużynie nie brakuje młodzieży; jest choćby Adrian Błąd, którego dobrej postawy trudno było nie zauważyć. On wchodzi do zespołu i na razie przynajmniej będzie jego uzupełnieniem. Na pewno nie stracimy go z oczu, bo wart jest uwagi.

Umówił się Pan na częste rozmowy, konsultacje z Franciszkiem Smudą?

- Proszę sobie wyobrazić, że tak. Nawet mam drugi, bardzo prywatny numer do trenera. Umówiliśmy się na częste kontakty i na pewno będzie do nich dochodziło. Trener Smuda naprawdę czuje się odpowiedzialny za Zagłębie, za mnie. A ja chętnie będę z tego numeru telefonu korzystał i na pewno nie będzie to powód do wstydu.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy