Nie wymagajcie od razu cudów, bo nie jestem czarodziejem tylko trenerem. Jak się coś montuje niemal od zera, to trzeba czasu zanim zacznie funkcjonować jak należy - powiedział dziennikarzom Smuda podczas konferencji prasowej.
- Wiem, że wyniki reprezentacji zawsze są ważne, nie ma meczów bez znaczenia. Zresztą i ja, i zawodnicy bardzo chcemy wygrywać. Ale cierpliwości. Samochód, nawet najlepszy, nie od razu ma 200 na liczniku. Najpierw trzeba go dotrzeć - wyjaśnił w swoim stylu szkoleniowiec.
- Zresztą, co by to dało, gdybyśmy wygrali z Rumunią 5:0 (było 0:1 - przyp. red.)? Przecież nikt by nie powiedział, że mamy już gotowy zespół na Euro-2012. Teraz jest najlepszy czas, by obserwować błędy. Chcę poznać sposób myślenia piłkarzy, ich umiejętności techniczne. Zawodnicy też muszą wiedzieć, co mają do poprawienia, by w klubach nad tym pracowali. Dostaną pracę domową, a wiosną cały sztab szkoleniowy będzie ich bacznie obserwował. Jeśli wyeliminują niedociągnięcia, będą mogli liczyć na kolejne powołania - dodał Smuda, który przedstawił długofalowy czas plan pracy z kadrą.
- Rok 2010 poświęcimy na selekcję piłkarzy. Musimy wybrać tych, którzy dadzą nadzieję na dobry wynik w mistrzostwach Europy. W 2011 roku będziemy grać sparingi z bardzo silnymi rywalami. Mam gwarancję PZPN, że na otwarcie stadionów ściągnięci zostaną potentaci. A ostatnie pół roku zostanie nam na dopracowanie do perfekcji naszej taktyki - poinformował.
W porównaniu do składu, który rozpoczął jego selekcjonerski debiut, w środę dojdzie do kilku zmian.
- Chcę m.in. porównać bocznych obrońców. Kowalczyka z Rzeźniczakiem, Brożka z Gancarczykiem. Stąd zmiany. Poza tym chcę zobaczyć, jak niektórzy piłkarze spisują się "pod ciśnieniem". Podczas treningu nie wszystko można dojrzeć - zauważył.
Smuda zapowiedział także, że w drużynie narodowej zadebiutuje w środę 19-letni bramkarz Arsenalu Londyn Wojciech Szczęsny, syn byłego reprezentanta - Macieja, z którym obecny selekcjoner pracował w Widzewie Łódź i Wiśle Kraków.
- Ale u mnie korupcji nie ma - zaznaczył. - Wojtek to duży talent i dlatego jest w kadrze. Jest prawie taki sam jak "stary", z tym, że lepiej radzi sobie na przedpolu. Obaj z Kuszczakiem zagrają po 45 minut. Tomek rozpocznie mecz, bo jest starszy".
Rywali z Kanady opisał krótko: - To nie są turyści czy kelnerzy. Widziałem ich przegrany mecz z Macedonią. Wcale nie było tak źle, jak wskazywałby wynik (0:3 - przyp. red.). Zresztą nie wykorzystali w tym spotkaniu dwóch rzutów karnych.
Przyznał, że jego zespół też jeszcze nie ćwiczy jedenastek. - Na razie na to za wcześnie. Jednak numerem jeden jest na razie Żewłakow. Gdyby był karny, to pewnie on podejdzie, wydaje się najpewniejszy. Zresztą może też Obraniak. No i jest Radek Majewski. Ten to pali się do wszystkiego - dodał trener drużyny narodowej.
Jak zaznaczył, niezależnie od wyniku środowego meczu, o kończącym się roku w wykonaniu reprezentacji trzeba jak najszybciej zapomnieć.
- Krok po kroku będziemy szli do przodu. A jak gra będzie wyglądać lepiej, to i kibice wrócą na trybuny. Jak zaczynałem pracę w Lechu Poznań, to na stadion przychodziło po 8-10 tysięcy widzów. Po 3-4 miesiącach był już komplet, a później zaczęło brakować biletów, które błyskawicznie znikały w przedsprzedaży. Tak samo będzie z reprezentacją - zakończył Franciszek Smuda.