Podczas niedawnego meczu z Zagłębiem Lubin po raz pierwszy w składzie Śląska Wrocław jednocześnie wystąpili: Sebastian Mila, Antoni Łukasiewicz, Jarosław Fojut i Łukasz Madej. Wszyscy czterej odbudowują we Wrocławiu swoje kariery, choć jeszcze niedawno marzyli o podboju zachodnich lig i stałej grze w kadrze narodowej.
Historia każdego z tych czterech piłkarzy jest trochę inna, ale jednak obecny finał dość podobny. Mili, Łukasiewiczowi, Fojutowi i Madejowi kariery w lepszych ligach zrobić się nie udało i każdy z nich w zasadzie z "podkulonym ogonem" musiał wrócić musiał do Polski. Teraz w polskiej ekstraklasie chcą zapracować na miano solidnych graczy i pokazać się selekcjonerowi kadry narodowej. Wszyscy występowali już bowiem w reprezentacji Polski w różnych kategoriach wiekowych. Dodatkowo są jeszcze na tyle młodzi, aby mogli poważnie myśleć o grze na Euro 2012. Droga do tego jest jednak kolosalnie daleka.
Przystanek Wiedeń
- Euro 2012? Na razie o tym nie myślę - analizuje Mila, pomocnik Śląska Wrocław. - Selekcjonerem reprezentacji Polski został Franciszek Smuda, dlatego uważam, że moje szanse są minimalne. Trener Smuda nie ma chyba o mnie zbyt dobrego zdania. Na razie nie ma zresztą o czym mówić. W swojej karierze byłem chwalony, potem krytykowany, przeżyłem sporo. To nauczyło mnie spokojnie czekać na to, co się wydarzy - opowiada Mila.
On z tej czwórki ma chyba największe sportowe sukcesy. Został przecież mistrzem Europy w kategorii U-18, w Pucharze UEFA daleko zaszedł z Groclinem Grodzisk, a trener Paweł Janas zabrał go nawet na mundial do Niemiec.
Mila nie zagrał tam jednak ani minuty, a już wtedy jego kariera klubowa pikowała w dół.
Piłkarz jest bardzo samokrytyczny w ocenie własnej kariery. - Wyjeżdżając do Austrii Wiedeń, byłem przekonany, że to pierwszy zagraniczny przystanek w mojej piłkarskiej drodze. Niestety, tak naprawdę okazał się ostatnim, na którym musiałem wysiąść - mówił kilka dni temu w Canal+.
W Polsce był wyśmiewany za swoje występy w Austrii Wiedeń i Valarendze Oslo, a bardziej niż o umiejętnościach mówiło się o jego skłonnościach do hazardu.
- Byłem wysoko i spadłem. Teraz mam nadzieję, że Śląsk poprowadzi mnie za rękę - mówił Mila, podpisując z wrocławskim klubem czteroletni kontrakt.
Jego słowa w części się sprawdziły. To właśnie w Śląsku się odbudował i w zeszłym sezonie należał do wyróżniających się graczy ligi. Teraz - po kontuzji - Mila nie jest już tak błyskotliwy, ale z pewnością należy do kluczowych graczy Śląska.
Wszędzie na ławie
Podobnie było z Łukasiewiczem - jedynym piłkarzem z pola, na którego transfer trener Ryszard Tarasiewicz zdecydował się jedynie po obejrzeniu nagrań meczów na wideo. Tarasiewicz wziął Łukasiewicza, choć ten miał za sobą słaby okres, kiedy siedział na ławce rezerwowych w hiszpańskim Elche i portugalskiej Leirze. Później oblał też testy w Wiśle Kraków. Dodatkowo o zawodniku mówiono, że jest wolny i ma problemy z kolanami.
Te opinie się jednak nie potwierdziły, a defensywny pomocnik, gdy tylko był zdrowy, stanowił dla Śląska podporę. We wrocławskiej drużynie pierwszy raz na ławce rezerwowych usiadł po nieco ponad roku - czyli w meczu Śląska z PGE GKS-em Bełchatów.
Łukasiewicz po powrocie do Polski zaliczył nawet dwa występy w reprezentacji prowadzonej przez Leo Beenhakkera. Był to jego debiut w kadrze seniorskiej, choć wcześniej piłkarz bywał nawet kapitanem biało-czerwonych w młodszych kategoriach wiekowych.
Wieczny rezerwowy Boltonu
Na pierwszy występ w pierwszej reprezentacji czeka za to obrońca Jarosław Fojut. Kariera tego stopera ma nietypowy przebieg, gdyż już mając 16 lat, wyjechał do Anglii i grał w szkółce Boltonu. Będąc blisko drużyny Premiership, uchodził w Polsce za wielki talent, a wrażenie robiło to, że trenował z takimi gwiazdami jak Fernando Hierro czy Jay Jay Okocha.
Niestety, polski obrońca najlepszej ligi świata nie podbił. Cały czas był tylko rezerwowym i aby zacząć grać, musiał wrócić do naszej ekstraklasy. Tej samej, którą kiedyś obśmiewał, mówiąc, że zamiast niej wolałby występować w IV lidze angielskiej. Dziś chce udowodnić, że jest prawdziwym produktem piłkarskim made in England, a gra w pierwszej reprezentacji nie przerasta jego możliwości.
Słabo w Portugalii, słabo w Polsce
W najgorszej sytuacji jest na razie ostatni z wrocławskich stranierich Łukasz Madej. Pomocnik Śląska nieudaną przygodę z portugalską Ademicą de Coimbra ma świeżo w pamięci, bo skończyła się ona ledwie w czerwcu. Zawodnik, który był mistrzem Europy U-18, swoją złą passę kontynuuje w Śląsku, bo na razie należy do najsłabszych graczy drużyny.
Madej na Oporowską trafił w trakcie rundy jesiennej, a pomógł mu fakt, że z reprezentacji młodzieżowych zna go pracujący obecnie w Śląsku trener Krzysztof Paluszek.
- Łukasz ma duży piłkarski potencjał, tak samo jak Sebastian, Antek czy Jarek. To, że im się nie udało na Zachodzie, odzwierciedla jednak ogólny obraz polskiej piłki. W lepszych ligach nie cenią naszych graczy, a dodatkowo polscy zawodnicy stosunkowo wolno adaptują się do nowych warunków. U nas trenerzy mogą im dać kilka meczów na dojście do siebie, ale w Niemczech czy w innych ligach szkoleniowiec na ich miejsce ma kilku innych piłkarzy. Bierze więc tych, którzy są w lepszej dyspozycji. Na pewno nie jest tak, że trenerzy się na Polaków uwzięli - mówi Paluszek. I dodaje: - Kiedy byłem z reprezentacją młodzieżową na turnieju w Niemczech, to Ebi Smolarek rozmawiał w czterech językach. Reszta nie była w stanie się dogadać. Nic dziwnego, że potem mają problemy z porozumiewaniem się w drużynie.
Podobne refleksje ma trener Śląska Ryszard Tarasiewicz. Jemu, w przeciwieństwie do jego obecnych piłkarzy, na Zachodzie się udało.
- Na szczęście byłem dość komunikatywny i szybko nauczyłem się języka. Na pewno pomagało mi także to, że od razu pokazałem dobre umiejętności piłkarskie. Warto też zwrócić uwagę, że wyjeżdżając, byłem dojrzałym, ustatkowanym mężczyzną i łatwiej było mi skupić się tylko na graniu w piłkę - kończy Tarasiewicz.