- Może i faulowałem, ale jako ostatni dotknąłem piłki, choć nie wiem czym. To moja bramka - zapierał się Ivans Lukjanovs. Powtórki telewizyjne nie rozwiały wątpliwości, jak padła zwycięska bramka dla Lechii w piątkowym meczu z Zagłębiem Lubin (1:0)
Fot. Renata Dabrowska / Agencja
Ivans Lukjanovs jest ważnym zawodnikiem w systemie gry Lechii. On również ma...
Lechia potwornie męczyła się z Zagłębiem, a na trybunach kibice również przechodzili katusze. Piątkowe spotkanie stało na bardzo niskim poziomie i wszystko wskazywało, że skończy się adekwatnym do stylu gry bezbramkowym remisem. Aż nadeszła 89. minuta. Po wrzutce Marcina Kaczmarka pod bramką o piłkę walczyli Lukjanovs i Michał Łabędzki. Wkrótce potem piłka znalazła się w bramce - Lukjanovs cieszył się ze swojej pierwszej bramki w ekstraklasie, Łabędzki siedział załamany golem samobójczym, a jego koledzy protestowali, że był faulowany i trafienie nie powinno zostać uznane. Kto miał rację? Do końca nie wiadomo, bo zgodni co do tego nie byli także eksperci, którzy komentowali mecz w telewizji. Cześć z nich skłaniała się ku bramce samobójczej, część twierdziła, że Lukjanovs dotknął jednak ostatni piłki, ale... ramieniem.
Wątpliwości nie miał trener Zagłębia Franciszek Smuda. - Sędzia wypaczył wynik meczu. Widziałem to z bliska, nie mam wątpliwości, faul był ewidentny - tłumaczył Smuda, który przegrał swój pierwszy mecz od czasu powrotu do Lubina. - Jak się jest na dnie tabeli, to jeden punkt jest jak złoto. Byliśmy blisko - dodał Smuda.
- Gdybym był na miejscu trenera Smudy, czułbym się podobnie jak on. Ale co mam teraz zrobić, powiedzieć, że mi przykro, że strzeliliśmy taką bramkę, i nie cieszyć się ze zwycięstwa? - głośno zastanawiał się opiekun Lechii Tomasz Kafarski.
Skonfundowany był też główny aktor akcji Lukjanovs. - No nie wiem, nie wiem. Walczyliśmy twardo o piłkę. Może był i faul, ale to ja ostatni dotknąłem piłki. Nie wiem czym, ale to mój gol i chcę się z niego cieszyć. Mam nadzieję, że za nim przyjdą następne - mówił Łotysz, który jak mało kto zasłużył wcześniejszą postawą na bramkę. Zbierał pochwały za grę, ale nie strzelał goli, co dla napastnika jest bardzo frustrujące. Choć gol został uznany ostatecznie za samobójczy, Lukjanovs miał w nim duży udział. Dla biało-zielonych najważniejsze były jednak trzy punkty, pierwsze na własnym stadionie od czasu inauguracyjnego meczu z Arką Gdynia. - Byliśmy nieporadni, bo Zagłębie grało mądrze w obronie. Ale ostatecznie zostaliśmy nagrodzeni za cierpliwość - podsumował Kafarski.
Już we wtorek Lechia rozegra w Wągrowcu przełożony z zeszłego tygodnia z powodu żałoby narodowej mecz 1/16 Pucharu Polski z Nielbą.
Szczęśliwy tata
Mecz z Zagłębiem ukoronował wspaniały tydzień bramkarza Lechii Pawła Kapsy. - Nigdy go nie zapomnę. Urodziła mi się córeczka, wskoczyłem z powrotem do bramki i wygraliśmy spotkanie z Zagłębiem - mówił rozpromieniony "Kapsel".
Kapsa może być zadowolony ze swojego powrotu między słupki, choć zbyt wiele pracy nie miał. Świetnie obronił jednak strzał w bliska głową Mouhamadou Traore. Potem piłka co prawda znalazła się w siatce, ale bramkarz Lechii był faulowany.
- Zostałem kopnięty w ramię, dlatego wypadła mi piłka - tłumaczył Kapsa, który bronił pewnie. Przydarzył mu się tylko jeden błąd, kiedy w pierwszej połowie wypuścił piłkę z rąk po niezbyt groźnym strzale z rzutu wolnego. - Biorę to na karb tego, że nie jestem jeszcze do końca w grze. Po raz ostatni grałem przecież w Gliwicach [na zakończenie poprzedniego sezonu - red.]. Było ciężko, bo Zagłębie zagęściło środek pola, ale nasza cierpliwość została wynagrodzona. Duża w tym zasługa Marcina Kaczmarka. Wielu zawodników odpuściłoby taką trudną piłkę, ale on poszedł za nią i z tego był gol. Kto go strzelił, nie chcę się wypowiadać, wersji jest wiele, ale najważniejsze, że wygraliśmy - stwierdził Kapsa.