- Sprawa się przeciąga? To ocena dziennikarzy. Decyzja musi być przemyślana. Mam przeczucie, że zapadnie we wtorek - podkreśla Adrian Ochalik, rzecznik Wisły.
W klubie niewiele osób wie, jak będzie wyglądała przyszłość. W poniedziałek po południu zawodnicy nie mieli pojęcia, o której odbędzie się wtorkowy trening. Jednak już samo zaproszenie Skorży na rozmowy świadczy o tym, że klub zamierza dać mu jeszcze jedną szansę.
Za estońską katastrofę ktoś będzie musiał jednak zapłacić. Najgorzej stoją akcje Jacka Bednarza, dyrektora sportowego, a najlepiej prezesa Marka Wilczka. Z kolei według jednej z wersji Skorża, jeśli dalej chce prowadzić drużynę, to będzie musiał poświęcić większość swojego sztabu szkoleniowego.
Problem może mieć Rafał Janas, drugi trener. Zresztą przed rewanżem z Levadią Skorża przyznał, że dopiero w trakcie meczu przekonał się o sile Estończyków, choć wcześniej dwa spotkania tej drużyny oglądał właśnie Janas.
Pewny posady nie może być Jacek Kazimierski, trener bramkarzy. Mariusz Pawełek gra w kratkę, a szkoleniowiec ma na koncie już 20 sprawdzanych zawodników.
Trudno także przypuszczać, by w czasach łatania budżetu klub było stać na utrzymywanie dwóch trenerów przygotowania fizycznego. W gorszej sytuacji jest niedawno zatrudniony Włoch Paolo Terziotti, bo Andrzej Bahr w Wiśle pracuje od dobrych kilku lat.
Jeśli nawet Skorża w zamian za pozostanie zdecyduje się na zwolnienie współpracowników (mogą zastąpić ich Tomasz Kulawik lub Kazimierz Moskal, którzy są zatrudnieni w Wiśle), to i tak nie rozwiąże to problemów finansowych Wisły. Prezes Wilczek przyznał, że klub może być zmuszony do sprzedaży nawet dwóch zawodników.
W poniedziałek Skorża mógł zostać zapytany, czy z uszczuploną kadrą podejmie się obrony mistrzostwa Polski. Zawodnikami, których sprzedanie pomogłoby przetrwać Wiśle kryzys, są Paweł Brożek (kilka tygodni temu rozmawiał z nim szefów skautów Fulham) oraz Marcelo.