Robert Błoński, Andrzej Klemba: Jaka przyszłość czeka mistrza Polski?
Maciej Skorża: W Wiśle trwa przebudowa drużyny i tytuł mistrzowski na to nie wpłynie. Odchodzą Marek Zieńczuk i Marcin Baszczyński. Być może jeszcze ktoś. W ich miejsce chcemy pozyskać zawodników, którzy będą wzmocnieniem.
Są na to pieniądze?
- Finanse nie należą do moich kompetencji. Ustaliłem z władzami klubu, jak ma wyglądać przyszłość drużyny. Teraz szukamy nowych zawodników.
Transfery dojdą do skutku tylko wtedy, kiedy uda się sprzedać np. Pawła Brożka?
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
Tele-Fonika - firma właściciela Wisły - zwolniła niedawno 900 osób, zamknęła zakład w Bydgoszczy. Niezręczne byłoby kupowanie piłkarzy za kilkaset tysięcy euro.
- Powtarzam: to nie są moje kompetencje. Wiem, że jest kryzys i pewnie dlatego zimą nie dokonaliśmy żadnego transferu, poza Beto. Teraz być może sytuacja jest trochę lepsza i stąd rozmowy o wzmocnieniach.
Wyobraża pan sobie, że poza Łukaszem Gargułą, z którym podpisaliście kontrakt już zimą, nie będzie nowych zawodników?
- Muszę brać pod uwagę i taki scenariusz. Ale wtedy będą duże problemy nie tylko z awansem do Ligi Mistrzów, ale też realizacją choćby celów ligowych. Nie sądzę jednak, by ten czarny scenariusz się ziścił. Ustalenia z władzami klubu oraz oczekiwania wobec drużyny przemawiają, że za deklaracjami pójdą czyny. Wierzę, że lada moment zaczniemy podpisywać kontrakty.
Ostatnio Wisła szukała niemal wyłącznie graczy za darmo. Czy teraz jest tak samo?
- Nie. Uwzględniamy również zawodników, za których trzeba zapłacić.
To głównie gracze z zagranicy?
- Tak.
Dlaczego?
- Ceny za Polaków są nieadekwatnie do rzeczywistości. W Wiśle nie ma czasu na budowanie drużyny z zawodników, którzy potrzebują jednego lub dwóch sezonów nauki. Zespół musi być gotowy praktycznie na już. Dlatego potrzebuję zawodników, którzy od razu dadzą nam nową jakość.
Czasu na przygotowanie drużyny jest mało.
- Nie chcę, by Wisła poszła śladami Beitaru Jerozolima. Na ubiegłoroczne eliminacje Ligi Mistrzów sprowadzili bardzo drogich zawodników, np. Sebastiana Abreu za milion dolarów. Po porażce z nami od razu chcieli go sprzedać, by "zejść" z kosztów. Chciałbym takiego piłkarza, ale podpisałbym z nim kontrakt przynajmniej na dwa lata. To nie jest dobre wyjście, kiedy w przypadku niepowodzenia klubu nie stać na utrzymanie graczy. To nie jest właściwe budowanie drużyny.
Maciej Żurawski podpisał kontrakt z Omonią Nikozja.
- Jestem bardzo rozczarowany. Maciek deklarował, że chce wrócić do Wisły. Liczyłem na niego.
Na jakich pozycjach Wisła szuka zawodników?
- Muszę mieć w kadrze sześciu dobrych obrońców, na razie mam czterech. Chciałbym też dynamicznego lewoskrzydłowego, który potrafi wygrać pojedynek z obrońcą i celnie dośrodkować. Niezbędny jest nam też partner dla Pawła Brożka w ataku. Na Łukasza Gargułę mogę liczyć dopiero we wrześniu.
A bramkarza pan nie potrzebuje? Już 18 było na testach...
- Postanowiliśmy pobić rekord Europy i jesteśmy na dobrej drodze (śmiech). Mariusz Pawełek jest bardzo dobrym bramkarzem, ale potrzebuje konkurenta, który zmotywowałby go do większego wysiłku.
Pawełek to bramkarz na Ligę Mistrzów? Zdarzają mu się proste błędy.
- Jesienią puścił o kilka bramek za dużo, ale wiosną bronił na równym, wysokim poziomie. Oczywiście, że to zawodnik na Champions League. Szachtar Donieck ma lepszego? Nie. A zdobył Puchar UEFA.
Czy Wisła chce Dawida Nowaka, który ma w kontrakcie z GKS Bełchatów kwotę odstępnego milion euro?
- Dawid to dobry piłkarz i życzę mu jak najszybszego powrotu do zdrowia.
Trudniej było w ubiegłym roku odzyskać blask po słabym sezonie czy teraz obronić tytuł?
- W tym sezonie było znacznie trudniej. W poprzednich rozgrywkach z myślą, że zdobędziemy mistrzostwo, mogliśmy oswajać się już zimą. Teraz była niepewność do ostatniej kolejki, więc radość była zdecydowanie większa i tytuł smakował lepiej. Rok wcześniej przegraliśmy tylko raz, i to wtedy, kiedy byliśmy już mistrzem. Drogę po tytuł przeszliśmy "suchą stopą". W tym sezonie kilka razy upadaliśmy, by ciągle się podnosić.
Obecna Wisła ma podobny skład do tej sprzed roku, a jednak o tytuł było trudniej. Dlaczego?
- Nie zgodzę się, że podobny. Odeszli m.in. reprezentant Darek Dudka oraz Jean Paulista, a Marek Zieńczuk stracił formę i miejsce w składzie. W poprzednim sezonie strzelił 16 goli, miał dziesięć asyst. Teraz tego brakowało. Dopadła nas przesadna wiara we własne umiejętności. Wszystko wyglądało dobrze do momentu odpadnięcia z pucharów. Po porażce z Tottenhamem z zawodników uszło powietrze. Wszyscy liczyliśmy na więcej. Próbowałem ratować sytuację, rotując skład, ale w wielu spotkaniach nie byliśmy sobą.
Pańscy piłkarze przestraszyli się Tottenhamu, który wtedy był na ostatnim miejscu w Premier League?
- W sferze mentalnej nie zrobiłem chyba wszystkiego, by przygotować zespół do tego meczu. Parę dni przed rewanżem rozbiliśmy Arkę 4:0, zagraliśmy z rozmachem. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że możemy przesadzić z respektem dla Tottenhamu. Kluczowy był moment straty gola. Potrafiliśmy odpowiedzieć tylko jedną bramką.
W lidze największym wstrząsem były dwie kolejne porażki - z Ruchem i ze Śląskiem. Bolesne, bo nigdy wcześniej tego w Wiśle nie doświadczyłem. Wtedy wiara w mistrzostwo została zachwiana. Ale w następnym meczu z Odrą odrobiliśmy straty i lider miał tylko o trzy punkty więcej od nas.
Podczas meczu z Odrą dostał pan ogromne wsparcie od kibiców.
- Byłem bardzo zaskoczony tym, co działo się na trybunach. Po raz pierwszy kibice ujęli mnie w Chorzowie, w meczu z Ruchem. Tuż po stracie gola skandowali moje nazwisko. Z Odrą non stop mnie wspierali, dlatego tym mistrzostwem chciałem się im odwdzięczyć.
Co pana zaskoczyło we własnej drużynie?
- Umiejętność opanowania emocji w kluczowych momentach. Mieliśmy kilka meczów, po których zespół mógł się rozpaść. Zawodnicy mogli zareagować w starym wiślackim stylu, jak np. w meczu ze Śląskiem, gdzie dwóch zawodników dostało czerwone kartki, kiedy nie zgadzali się z decyzjami sędziego. Podobny moment mieliśmy z Lechią, kiedy gdańszczanie strzelili bramkę na 2:1 po wątpliwym rzucie karnym. Moi zawodnicy podeszli do sędziego, zaczęli gestykulować i modliłem się, by któryś nie wyleciał. Było 20 minut do końca, w osłabieniu chyba nie dalibyśmy rady. Na szczęście wytrzymali ciśnienie. Zaskoczyło mnie też podejście starszych zawodników do młodych. Żaden nie mógł się czuć niedowartościowany w szatni. Chociaż młodzi dobrą gra i pracą na treningach zasłużyli na szacunek starszych.
Rafał Boguski i Patryk Małecki zrobili duże postępy.
- Podobnie jak Diaz i Marcelo. Ich postawa to przede wszystkim zasługa trenerów Andrzeja Bahra i Rafała Janasa. Oni pracują z nimi indywidualnie. Ja skupiam się na taktyce.
Który zrobił największy postęp?
- Małecki, ale odkryciem sezonu był dla mnie Radek Sobolewski. To klasa sama dla siebie. Wiosną przyćmił wszystkich zawodników ligi. Jego waleczność i zaangażowanie były na poziomie czołowych drużyn ligi angielskiej. Trudno przecenić jego wkład w mistrzostwo.
W grudniu kończy mu się kontrakt, zostanie w Wiśle?
- Porozumienie jest bardzo blisko.
Małecki przy panu wydoroślał.
- Do tego skłania atmosfera wiślackiej szatni. Tam są piłkarze o wielkich umiejętnościach, reprezentanci Polski, uczestnicy wielkich imprez. Słowem - elita, w którą młodzi są wpatrzeni i marzą, by im dorównać. Czasem do niektórych, żartobliwie mawiamy, żeby nie chowali się w cieniu. Cień to słynna w Krakowie dyskoteka. Do "Małego" mówiliśmy rok temu: wyjdź wreszcie z tego cienia. I wyszedł.
Przez dwa lata w Wiśle stał się pan bardziej stonowany.
- Nie chcę być ceniony przez media za barwne wypowiedzi, tylko za pracę na boisku. Rozmawiam z dziennikarzami, ale nie silę się na oryginalność. Życie nauczyło mnie też, że w niektórych sytuacjach lepiej milczeć.
Kiedy przychodził pan do Wisły, usłyszał, że jak będą sukcesy, to będą i transfery...
- To nie działa w ten sposób, że zdobycie tytułu oznacza prawo do postawienia ultimatum - albo transfery tych, których wskażę, albo odchodzę. Muszę być w pewnym sensie dyplomatą, bo wiem, jakie są uwarunkowania w klubie. Trener jest częścią klubu i powinien się z tymi uwarunkowaniami liczyć.
Ma pan dopiero 37 lat i dwa mistrzostwa, Puchar Polski oraz Puchar Ekstraklasy. Był pan asystentem selekcjonera. Jaką ma pan dalszą motywację?
- O tym możemy porozmawiać, jak będę miał 60 lat. Wciąż się uczę.
Sukcesy ma pan w każdym roku.
- Tak się złożyło, że pracuję w dobrych klubach z dobrymi piłkarzami. To cała tajemnica sukcesów. Nie ujmując nikomu, gdybym z Odrą zdobył mistrzostwo, można by piać z zachwytu. Ze swojej pracy mam jednak wielką satysfakcję, widzę, jak gra zespół, jak grają poszczególni piłkarze. Złapaliśmy wspólny język, rozumieją, o co mi chodzi, akceptują i skutecznie realizują moje rozwiązania taktyczne.
Paweł Brożek nie może się pana nachwalić.
- Żadne słowa nie zastąpią zaangażowania zawodnika na treningu. A Paweł pracuje nogami, głową i rękoma. Ciągle nimi wymachuje na kolegów. Miałem szczęście, że moje przyjście do Wisły zbiegło się z tym, że Paweł wydoroślał, uświadomił sobie pewne rzeczy, przede wszystkim czego od siebie oczekuje. Poza tym małżeństwo miało na niego zbawienny wpływ.
Jak pan oceni poziom ekstraklasy?
- Nie podniósł się. Piłkarze są, jacy są - nie biją się o nich kluby z Europy, nie płacą milionów euro. Ale nie ma już w lidze drużyn źle ułożonych pod względem taktyki. Szkoda, że budżety klubów nie są wyższe. Wciąż nie możemy pozwolić sobie na zatrudnianie piłkarzy prezentujących dobry europejski poziom, takich, którzy byliby gwiazdami naszej ekstraklasy przyciągającymi na trybuny więcej kibiców.
Dlatego kluby nie radzą sobie w pucharach?
- Lech sobie poradził doskonale, wychodząc z grupy w Pucharze UEFA. My nie mieliśmy szans na Ligę Mistrzów. Gdyby Wisła wyeliminowała Barcelonę, chyba skończyłbym z trenowaniem i zaczął pisać o tym książkę. A tak poważnie, teraz chcemy się wzmocnić kilkoma dobrymi piłkarzami. To naprawdę trudne zadanie, bo nie możemy zaburzyć naszej struktury płac. Wymowny jest tu przykład Żurawskiego, który wybrał ofertę Omonii.
Jeśli nie uda się awansować do Champions League, to...
- Nie lubię gdybać. Przygotujemy zespół najlepiej, jak potrafimy. Zagramy najlepsze mecze, na jakie będzie nas stać, i zobaczymy, co to da. Jedno jest pewne: w tym roku będzie nam łatwiej, bo nie trafimy na Barcelonę. Na dziką kartę ze strony UEFA nie ma co liczyć, więc trzeba przygotować się na ciężką walkę już od pierwszego dwumeczu. Wiele wyjaśni się 22 czerwca, poznamy wtedy rywali na II i III rundę eliminacji.
W Wiśle ma pan mocną pozycję?
- Powoli w naszej lidze odchodzimy od modelu, że pozycja trenera jest zależna od wyniku ostatniego meczu. Dla mnie trzeci rok pracy przy Reymonta będzie najtrudniejszy. Obronić ten tytuł będzie piekielnie ciężko. W tamtym sezonie zdobyliśmy mistrzostwo, wygrywając na własnym stadionie mecz za meczem. Teraz mecze "u siebie" będziemy grać w Sosnowcu. Musimy więc nauczyć się wygrywać na wyjazdach.
Ekspert Canal + Grzegorz Mielcarski powiedział ostatnio, że Wisła zdobyła ten tytuł jako zespół, nie jak kiedyś, kiedy miała indywidualności. To dla pana komplement.
- Drużyna była naszą siłą, i to moja największa satysfakcja. Choć snajperskie umiejętności Pawła Brożka są nie do przecenienia.
A nie rozkaprysza pan przełożonych, wygrywając mistrzostwo tylko czterema obrońcami?
- Moi przełożeni świetnie odczytują obecną sytuację zespołu. Nie mówią teraz: "Maciek, sprzedajemy jeszcze czterech zawodników, bo gra tylko jedenastu". Wiedzą, jak ciężko było o to mistrzostwo.
Czy jest piłkarz, który pana rozczarował?
- Rozczarowanie nie jest właściwym określeniem, ale myślę, że Wojtek Łobodziński mimo ważnych goli i asyst pod koniec sezonu sam nie jest z siebie zadowolony. Ma ogromny potencjał, ale brakuje mu regularności. Najpierw żeby przez całe 90 minut grał równo, a potem w kolejnych meczach to powtarzał.
Wymagania wobec pana się nie zmniejszą... Myśli pan, co będzie dalej, czy koncentruje wyłącznie na najbliższych celach?
- Chciałbym zrealizować swoje marzenie: przez lata pracować w silnym, stabilnym klubie, koncentrować się na budowaniu zespołu według własnej wizji. Chciałbym, żeby była to Wisła.
Kiedy przyszedł pan do Krakowa, usłyszał pan: "Nigdy nie będziesz jednym z nas". Zmieniło się nastawienie do Macieja Skorży u ludzi z otoczenia prezesa Cupiała?
- Ci, którzy wtedy tak mówili, dalej są mi nieprzychylni, choć teraz czasem poklepią po plecach. Euforia po mistrzostwie jednak szybko minie.
Reprezentacja Polski?
- Powiem tak: w życiu zawodowym staram się wszystko sobie zaplanować. I wyszło mi, że trenerem kadry - jeżeli w ogóle - zostanę najwcześniej w 2017 roku. Będę wtedy miał 45 lat. W 2017 r. będziemy trzy lata przed kolejnymi mistrzostwami Europy. Będę miał czas.
A poważnie?
- Chciałbym przedłużyć kontrakt i pracować dalej w Wiśle.
Trzech najlepszych piłkarzy ekstraklasy? Oprócz wiślaków. - Arboleda, Sztilić i Chinyama. Arboleda w pucharach był rewelacyjny. Do poziomu Sztilicia w najlepszej formie, do jego "no look pass", nie zbliżył się żaden pomocnik. Po meczu ligowym, w którym strzelił nam pięknego gola, a przed rewanżem w Pucharze Polski powiedziałem mu: "Semir, jak najszybciej wyjeżdżaj z Polski". Odpowiedział: "Spokojnie".