Czy Lech Poznań może zostać mistrzem Polski? Jeszcze w zeszłym tygodniu szukanie odpowiedzi na to pytanie było bardzo trudne, bowiem wszelkie rozważania matematyczne brały w łeb w sytuacji, w której Lech grał źle. Po co zastanawiać się nad tym, kto ma szansę stracić więcej punktów - Legia Warszawa czy Wisła Kraków, skoro Lech był niezdolny do wygrania z kimkolwiek.
Teraz sytuacja się zmieniła i Lech wreszcie wygrał. Mało tego, że wygrał, to jeszcze pokonał Śląsk Wrocław w dobrym stylu. I matematyczne rozważania wreszcie nabrały sensu. Bo szanse na to, że "Kolejorz" wygra trzy pozostałe do końca sezonu mecze, nagle stały się całkiem spore. Skąd ta zmiana?
Klująca się nieśmiało koncepcja o kłopotach kondycyjnych lechitów wzięła w łeb, gdy okazało się, że poznaniacy wygrali mecz we Wrocławiu po wyczerpującym boju z dogrywką i karnymi w Pucharze Polski raptem trzy dni wcześniej. Z kolei koncepcja o zbyt wątłym składzie i przetrzebieniu składu zbladła po tym, jak Luis Henriquez jak rutyniarz poradził sobie z jednym Gancarczykiem, Marcin Kikut - z drugim, a na dodatek jeszcze Zlatko Tanevski spełnił swą rolę na środku obrony.
Pozostały głowa i psychologia piłkarzy Lecha - do zeszłego tygodnia mamroczących banalne "nie wiemy, co się dzieje" po kolejnych meczach, a teraz pełnych wiary w sukces. Nie ma wątpliwości, że to zasługa Pucharu Polski i meczu z Polonią. - To nas zbudowało. Poprawiło atmosferę - nie ma złudzeń Ivan Turina, największy chyba emocjonalny beneficjent tamtego sukcesu.
Rzec można, że całe szczęście iż Lech miał taki mecz akurat w tym momencie i całe szczęście, że go wygrał. Ba, całe szczęście, że wygrał go po rzutach karnych. Jak mówi drugi trener "Kolejorza" Marek Bajor: - Wygrać taki mecz to jedno, ale wygrać go w takich okolicznościach, to szczególna rzecz.
Jeśli zatem Lechowi uda się w końcu wygrać mistrzostwo Polski w 2009 r., czy też jak powiedzieliby niektórzy: upiecze mu się i je zdobędzie, to z czystym sumieniem będzie mógł podziękować za to Remes Pucharowi Polski. Rozgrywki te w Lechu nie były uważane za priorytet, co znaczy, że gdyby Lech zdobył Puchar Polski, ale nie został mistrzem kraju, powodów do zadowolenia by nie było. Okazuje się jednak, że mogą odegrać bardzo ważną rolę psychologiczna w walce o tytuł.
Lech Poznań bowiem w tym sezonie najpierw był pretendentem do tytułu, wykrzyczanym przez prezesa Jacka Rutkowskiego już dwa lata temu. Odważnie, bez kompleksów dołączył do ucieczki największych zespołów Polski. Jak to się mówi, "doszlusował do czołówki", w której przez całe długie lata go nie widzieliśmy.
Następnie, dzięki emocjonującym cały kraj występom w Pucharze UEFA, stał się w pewnym momencie liderem tej ucieczki i faworytem do tytułu. Można powiedzieć, że rozwój notowań Lecha i oczekiwań wobec niego był piorunujący. Pod koniec 2008 r. mało kto miał śmiałość twierdzić, że to nie pogromcy Austrii Wiedeń i Feyenoordu Rotterdam będą mistrzami Polski, a ktoś inny.
Wreszcie na wiosnę Lech w błyskawicznym tempie z wielkiego faworyta przeszedł do roli wielkiego przegranego. Zajrzało mi w oczy widmo bycia uzurpatorem zamiast mistrza. Stracił niemal wszystko, poza jednym - dystansem do rywali. Używając kolarskiej nomenklatury, nie wytrzymał tego wyczerpującego prowadzenia, oddał pole, a nadal trzymał koło liderów. I teraz jest tam, gdzie zawsze lubił być trener Franciszek Smuda - tuż za plecami faworytów, gotowy do wyprowadzenia kontry w najbardziej odpowiednim z momentów.