Krakowianie wygrali pierwszy raz z Legią od ponad półtora roku. Wcześniej przegrywali lub remisowali, ale te wyniki nie miały aż takiego dużego znaczenia. Teraz zwycięstwo przyszło w najważniejszym momencie. Na trzy kolejki przed końcem podopieczni trenera Macieja Skorży pierwszy raz tej wiosny awansowali na pierwsze miejsce w tabeli, kosztem Legii.
Dobrze jednak, że w piłce nożnej nie przyznaje się punktów za wrażenia artystyczne. Bo jeśli hit polskiej ligi rzeczywiście oglądali menedżerowie z Francji, Turcji, Grecji czy Anglii, to ich notesy pewnie pozostały prawie nietknięte. Kwadrans naprawdę dobrej gry w wykonaniu Wisły i zaledwie trzy godne uwagi akcje Legii, to zdecydowanie za mało jak na przedmeczowe zapowiedzi.
Teoretycznie na boisku byli najlepsi piłkarze polskiej ligi na czele z królem strzelców i kandydatem do tego tytułu. W praktyce oglądaliśmy głównie piłkarzy kopiących niedokładnie, umyślnie faulujących, dla których strzał na bramkę to sztuka niemal magiczna. Oczywiście kilku piłkarzy (Boguski, Marcelo, Choto) zasłużyło na wyróżnienie, ale większość na zapomnienie. Walki i chęci nie można im odmówić, ale nie szło to w parze z umiejętnościami. Jeśli ktoś miał jeszcze w pamięci półfinały Ligi Mistrzów czy hiszpańskie Gran Derbi i oglądał górnolotnie nazwane derby Polski, mógł tylko zgrzytać zębami.
Przed meczem Paweł Brożek mówił, że trudno czymś zaskoczyć Legię, bo obie drużyny znają się jak łyse konie. Także szkoleniowcy nie kombinowali i rzucili na boisko najmocniejsze siły. To przecież miała być bitwa czołowych drużyn ekstraklasy. Poza kontuzjowanym Marcinem Baszczyńskim z Wisły i Jakubem Rzeźniczakiem z Legii, na boisku byli najlepsi gracze, jakich mają do dyspozycji szkoleniowcy.
Wbrew niektórym fachowcom trener Jan Urban nie postawił na obronę, bo w linii pomocy jedynie Ariel Borysiuk był graczem typowo defensywnym. Od początku szkoleniowiec wystawił Piotra Gizę, Rogera i Macieja Iwańskiego, czyli trzech graczy, którzy mają w genach rozgrywanie piłki. Pierwsza połowa pokazała jednak, że są to informacje mocno przesadzone.
Wisła od lat cierpi na brak środkowego pomocnika, dlatego ciężar gry trener Maciej Skorża przesunął na skrzydłowych. A defensywni gracze drugiej linii Radosław Sobolewski i Junior Diaz mieli w środku zatrzymać Legię.
Więcej do zyskania mieli goście, bo w przypadku zwycięstwa utrzymaliby przewagę trzech punktów nad Lechem, a nad Wisłą zwiększyliby do pięciu. Wiślacy też zdawali sobie sprawę, ile mają do stracenia i, że każdy inny wynik niż zwycięstwo mocno ograniczy szanse na obronę tytułu. Stawka spotkania spętała nogi graczom obu drużyn, bo pierwsze 30 minut stało na kiepskim poziomie. Obrońcy popełniali szkolne błędy - Inaki Astiz najpierw tak przyjął piłkę, że uciekła mu za linię, a za chwilę ją przepuścił i Rafał Boguski był blisko wypracowania znakomitej sytuacji Brożkowi. Bramkarze wykopywali po autach, a zobaczyć celne podanie pomocnika robiące jakąkolwiek nadzieje na sytuacje bramkową graniczyło z cudem.
Nic dziwnego, że blado wyglądał także pojedynek najlepszych snajperów ekstraklasy. Zarówno Takesure Chinyama, jak i Paweł Brożek nie mogli doczekać się dokładnego podania. Na dodatek napastnika Zimbabwe prawie na krok nie odstępował Marcelo, a reprezentanta Polski Dickson Choto.
Przez 30 minut jedynym piłkarzem, na którego grę dało się patrzeć, był ten, którego do Krakowa przyjechał oglądać Leo Beenhakker. Boguski w 12 min oddał jedyny groźny strzał, szarpał, próbował rozbić obronę Legii, w końcu zaliczył asystę.
I niespełna kwadrans przed przerwą potwierdziło się, że piękno piłki polega na jej nieprzewidywalności. Wtedy Wisła zaczęła coraz groźniej i składniej atakować. Najpierw Piotr Brożek ośmieszył Inakiego Descargę, ale strzał obronił Jan Mucha. Po chwili mistrzowie Polski prowadzili. W środku boiska Chinyama źle odegrał do Iwańskiego i krakowianom wystarczyły trzy podania, by Marcelo trafił do siatki nad Muchą.
Obrona Legii z minuty na minutę gubiła się coraz częściej. Co robił na boisku Descarga, to pewnie tajemnica trenera Urbana. Po kolejnym błędzie Hiszpana, Małecki powinien podwyższyć, a w doliczonym czasie tylko kunszt Muchy zapobiegł stracie bramki. W przerwie szkoleniowiec Legii nie wytrzymał i zdjął Descargę z boiska.
Poza słabą defensywą, w ofensywie Legia była jeszcze gorsza. Trójka rozgrywających nie mogła znaleźć sobie miejsca na boisku. Żaden z nich nie potrafił zagrozić bramce Wisły czy stworzyć okazję Chinyamie. Roger snuł się po boisku, próbował wymuszać faule, nie miał nawet ochoty wykonywać rzut wolnych. Choć na boisku było trzech graczy teoretycznie potrafiący dokładnie dośrodkować, to zastępował ich Rybus z bardzo mizernym skutkiem.
Kto spodziewał się po przerwie ataków gości, ten się srodze zawiódł. Agresywnie grający wiślacy stosowali pressing już na obrońcach Legii i co chwilę wyprzedzali rywali. Podopieczni trenera Urbana nie mieli żadnego pomysłu, jak zaskoczyć Wisłę. Wyglądali jak drużyna, której nie zależy na wyrównaniu, ale na tym, by nie stracić kolejnych bramek. Zmiany przeprowadzane przez szkoleniowca Legii tylko to potwierdzały.
W 65 min Wisła po faulu Borysiuka straciła najlepszego gracza - Boguskiego. I po chwili Legia pierwszy raz zagroziła - po błędzie Sobolewskiego i podaniu Rogera Chinyama strzelił tuż obok słupka. Wyczerpujący pressing dawał o sobie znać. Trener Skorża zdjął zmęczonego Sobolewskiego i Wisła zaczęła popełniać błędy w obronie. Goście szybko zwietrzyli okazję i nagle zaczęło im się spieszyć. Obudzili się środkowi pomocnicy i już pierwsza akcja powinna przynieść wyrównanie. Jednak strzał Rybusa instynktownie obronił Mariusz Pawełek, a przy dobitce Iwańskiego wyręczył go... Chinyama. I to wszystko na co było Legię stać.