Wisła gra jak Barcelona! Zobacz akcję kolejki »
Piotr Jawor: Pół roku temu zapewniał Pan, że kariera Andrzeja Niedzielana nie jest na zakręcie. Teraz też gra Pan niewiele.
Andrzej Niedzielan: Półtora roku temu, gdy nabawiłem się kontuzji, znalazłem się na łuku. Zakręt będzie wtedy, gdy uznam, że już nie nadaję się do gry. Ostatnio nie było mnie nawet na ławce rezerwowych, ale czuję, że jeszcze wrócę. Ale czy będzie to w Wiśle, czy gdzie indziej - to inna sprawa. Jeśli piłka przestanie sprawiać mi przyjemność, to nie będę się męczył. Teraz cieszę się nawet meczami w Młodej Ekstraklasie.
A to da się porównać z meczami w ekstraklasie?
- Jasne, że nie. Te spotkania są po to, żebym był w rytmie meczowym. W ME występują 20-letni chłopcy, którzy uczą się grać, zapoznają się ze stadionami i starszymi zawodnikami. Mnie to już nie jest potrzebne, ale gdzieś muszę występować.
Brak miejsca w kadrze na Górnika Zabrze był dla Pana ciosem?
- To rozczarowanie i nowa sytuacja dla mnie. Ciężko się z tym pogodzić, bo walczę i ciężko trenuję. Chcę jeszcze kilka lat pograć w piłkę i brak miejsca na ławce rezerwowych na pewno mi nie pomaga.
To co w takiej sytuacji może Pan zrobić?
- Mam jeszcze z Wisłą roczny kontrakt, ale nie wyobrażam sobie, by następny rok wyglądał tak jak ten. Teraz koncentrujemy się na obronie tytułu. Jednak dałem sygnał menedżerowi, jaka jest sytuacja. Wkrótce trzeba usiąść i zastanowić się nad przyszłością. W Wiśle albo innym klubie.
Będzie Pan rozmawiał z Jackiem Bednarzem, dyrektorem sportowym, czy z trenerem Maciejem Skorżą?
- Moim zadaniem jest bieganie i wykonywanie poleceń trenera, a od rozmawiania jest menedżer. Moja praca kończy się na boisku i w szatni.
A od trenera usłyszał Pan: "Andrzej, już na Ciebie nie liczymy"?
- Nie, ale ciężko czuć się potrzebnym, gdy nie ma się miejsca nawet w osiemnastce meczowej. Wkrótce pewnie porozmawiam z trenerem, ale teraz nie chcę naciskać, ponieważ najważniejsze zarówno dla mnie, jak i dla drużyny jest zdobycie mistrzostwa Polski. Jeśli mam odejść, to cztery czy pięć tygodni nic nie zmieni.
Wisła jest gotowa Pana sprzedać, ale za ok. 400 tys. euro. Za zawodnika, który od blisko roku gra niewiele, to spora kwota.
- Mówi się, że jesteś tyle wart, ile zapłacą. Nie gram w ekstraklasie, formą nie rzucam nikogo na kolana, więc nie wiem, ile jestem wart.
Nie obawia się Pan ceny zaporowej?
- Wisła to mój pracodawca i ma prawo żądać za mnie pieniędzy, ale jesteśmy dorośli. Nie ma sensu, bym kolejny rok siedział na trybunach. Z tego nic nie będzie miał ani klub, ani ja.
Nie jest tajemnicą, że spora część zarobków piłkarzy Wisły zależy od liczby występów. W tej sytuacji też jest Pan stratny.
- Nie chodzi o pieniądze, ale ambicję. W ME nie mam premii, więc gram za darmo. Ale proszę zapytać trenera, czy daję z sobie wszystko, czy nie. To kwestia bycia potrzebnym i dawania czegoś drużynie.