Janusz W. przyznał, że nie spodziewał się, że może zostać zatrzymany w sprawie afery korupcyjnej w polskiej piłce i kiedy przed jego domem zjawili się policjanci, był bardzo zaskoczony. - Wychodziłem akurat z garażu, kiedy zjawiło się siedmiu policjantów. Nie od razu wiedziałem o co chodzi. Dopiero gdy się przedstawili, padło hasło "Wrocław". Wtedy zorientowałem się w czym rzecz. Na szczęście wszystko odbywało się w kulturalnej atmosferze.
Odnoście postawionych mu przez wrocławską prokuraturę zarzutów, stwierdził. - Odniosłem się do postawionych mi zarzutów bardzo dokładnie, wyjaśniając je obszernie, a nie przyznając się do winy. Nie mam sobie nic... Może powiem inaczej, gdyby moja wina była jednoznaczna, to już bym z Wrocławia nie wrócił. O szczegółach mówić nie mogę, ale jeden przykład: jeden zarzut dotyczy meczu Legia - Świt. Ale my go przegraliśmy 1:3.
Przyznał także, że według jego obserwacji w rodzimym futbolu zjawisko korupcji obecne jest od kilkudziesięciu lat. - Machina korupcji działa od kilkudziesięciu lat. Albo dasz się w nią wciągnąć, albo cię system wypluje i będą cię sekować. Ja w pewnym momencie musiałem wyjechać za granicę, bo nie pasowałem do układu. Przepisy antykorupcyjne weszły w lipcu 2003 roku. Od tego czasu niewiele razy pracowałem w polskiej piłce...