Materią piłkarską Czesi bili Polaków na głowę. Wzorcowe kariery w wielkich klubach nie znaczenia, bo drużyna przeciętniaków wzniosła się na wyżyny. Nie tylko ambicjonalne, ale też piłkarskie. Polacy byli lepsi, silniejsi, a momentami wręcz bardziej błyskotliwi. Gole Brożka i Błaszczykowskiego były jak z dobrej piłkarskiej kolekcji.
Polacy znów grali w piłkę, potrafili ją trzymać, i choć nie uniknęli błędów mają trzy punkty i pozycję lidera grupy zachowali. Jeśli będą w stanie zagrać tak w środę w Bratysławie, awans do mundialu przekroczy granice między marzeniem i rzeczywistością.
Leo i jego drużyna grali przyciśnięci do ściany krytyki, która spadła na nich po początku eliminacji. Jeszcze raz potrafili się od niej odbić, głosy o zwolnieniu Holendra umilkną choć na trzy dni. Nie wiem czy był w historii mecz reprezentacji Polski, w którym tak mało wskazywało na zwycięstwo. A jednak. Polacy zagrali mądrze, dobrze, z sercem.
Mecz z ósmą drużyną rankingu FIFA Polacy rozpoczęli od kiksu swojego kapitana Michała Żewłakowa, po którym Boruc musiał ratować zespół po raz pierwszy. Opamiętanie przyszło jednak szybko. Kuba Błaszczykowski zatańczył szalony taniec z trzema rywalami i o dziwo z tej kotłowaniny ciał on wydostał się z piłką. Podał do Pawła Brożka, który fantastycznym strzałem pokonał najlepszego bramkarza na świecie. Radość drużyny, o której kłopotach można by było napisać 13-tomową sagę, była gigantyczna
Z ikrą grał wreszcie Smolarek, zagubiony ostatnio bohater poprzednich eliminacji. Szukał piłki, dryblował, a raz o mało nie pokonał Czecha uderzając piłkę podcinką nad czeskim kolosem. Na drugim skrzydle Błaszczykowski kilka razy ogrywał Jankulovskiego - jakby to nie był obrońca AC Milan.
W drugiej połowie Błaszczykowski przerzucił piłkę nad padającym mu pod nogi Czechem. Akcja i gol godny pierwszego i wielkiego meczu jakim było starcie z ósmą drużyną świata.
Mimo straconej w 87 minucie bramki drużyna Beenhakkera wytrwała i narodziło się jedno z największych polskich zwycięstw od dwóch dekad.