Od deklaracji trenera Franciszka Smudy, że Lech ma w tym sezonie "bić się o majstra" minęło już parę tygodni. Odwołane dwie kolejki ekstraklasy sprawiły, że na pierwszą weryfikację słów szkoleniowca trzeba było czekać aż do piątku.
Starcie z solidnym zespołem z Bełchatowa miało dać odpowiedź na pytanie: Ile wart jest w tym sezonie "Kolejorz"? Dobra gra w sparingach, a nawet efektowne wyrzucenie z pucharów azerskiego Chazara Lenkoran na nic by się zdały, gdy by poznaniacy potknęli się w pierwszym meczu sezonu.
Od początku spotkania okazało się, że jakiekolwiek przedmeczowe porównania Bełchatowa z Chazarem były tylko jedną z prób zabicia czasu przed startem ligi. Bo porównywać nie było czego. Podopieczni Pawła Janasa wyszli na Bułgarską pewni siebie i w niczym nie przypominali przestraszonych Azerów. Lech co prawda miał inicjatywę od pierwszych minut, ale w środku boiska bełchatowianie grali wystarczająco zdecydowanie i ostro, by nie pozwolić gospodarzom na rozwinięcie skrzydeł. Kibicom na długo musiał wystarczyć strzał Tomasza Bandrowskiego z 5. min, po którym Krzysztof Kozik wybił piłkę spod poprzeczki.
Poważna nawałnica przetoczyła się po polu karnym GKS dopiero w ostatnim kwadransie przed przerwą. Kozik bronił strzały po ziemi (Semira Stilica), pod poprzeczkę (Rafała Murawskiego), czy w sytuacji sam na sam ze Sławomirem Peszką. Ten ostatni zmarnował jeszcze świetną szansę, gdy nie trafił w odsłonięty róg bramki po dość kuriozalnej akcji. Goście zmarnowali wówczas okazję na kontrę trzech na dwóch, bo Tomasz Bandrowski wybił im piłkę i natychmiast stworzył szansę dla Lecha.
Chwilę potem Bełchatów stracił swojego najbardziej wartościowego zawodnika - Łukasz Garguła zszedł z boiska trzymając się za bark. Zamieszanie związane z tą kontuzją pozwoliło gościom na złapanie oddechu i wydawało się, że dotrwają oni do przerwy z remisem. W ostatniej minucie pierwszej połowy padł jednak pierwszy gol ligowego sezonu na Bułgarskiej. Hernan Rengifo, najlepszy strzelec Lecha z poprzednich rozgrywek, pokonał Kozika efektownym uderzeniem tzw. szczupakiem, a wcześniej wyprzedził bardzo niepewnego Pawła Magdonia.
Gdy dodamy, że w przerwie spiker poinformował, że Legia Warszawa przegrywa w derbach stolicy 1:2, łatwo wyobrazić sobie nastroje na trybunach. Rengifo mógł je jeszcze poprawić w 48. min, ale z bliska trafił w boczną siatkę. I, tak jak w meczu z Chazarem, zamiast wyższego prowadzenia, zupełnie niespodziewanie zrobił się remis. GKS wykorzystał bowiem swoją pierwszą groźniejszą okazję - ładnym strzałem z dystansu popisał się Tomasz Jarzębowski.
Bełchatowianie natychmiast skupili się na obronie remisu. O emocje postarał się więc Manuel Arboleda, który wygrał efektowny wyścig po piłkę z Carlosem Costlym. Dostał za to spore brawa i nie miało większego znaczenia, że sam sprokurował tę sytuację prostą stratą.
Ten aplauz był jednak niczym wobec eksplozji radości po golu Roberta Lewandowskiego. Cóż to było za trafienie! Debiutant w ekstraklasie chwilę po wejściu na boisko uderzył piłkę piętą, wprost w tzw. krótki róg bramki! To była jednak ostatnia dobra wiadomość dla poznańskiej widowni. Radość kibiców z prowadzenia trwała tylko 10 min. GKS obalił mit o silnej jak nigdy w ostatnich latach obronie Lecha. Najpierw niziutki Tomasz Wróbel strzelił gola głową, czym ośmieszył niepewną defensywę z Krzysztofem Kotorowskim na czele. Załamani lechici kolejną bramkę wbili sobie sami - po olbrzymim zamieszaniu Kotorowskiego pokonał Luis Henriquez.
Powiedzieli po meczu:
Paweł Janas, trener GKS Bełchatów:
- Pierwszą połowę zagraliśmy słabo, Lech miał wiele sytuacji, a bramkę strzelił dopiero w ostatniej minucie. My wyglądaliśmy na stremowanych - po tak długiej przerwie to był nasz pierwszy mecz o punkty. W drugiej części było już lepiej. Mamy bardzo duże kłopoty w defensywie i gdyby Lech grał skuteczniej, nie byłoby tak wesoło jak w tej chwili. Można być zadowolonym, bo Lech u siebie rzadko traci punkty. Chcieliśmy grać ofensywnie tak jak w sparingach i to fajnie wyszło. Udanie zadebiutował w ekstraklasie młody Kamil Późniak, także Janusz Gol, który jeszcze niedawno grał w niższych ligach. Łukasz Garguła ma problemy z obojczykiem, ale nie wiadomo jeszcze dokładnie, co to za uraz.
Franciszek Smuda, trener Lecha Poznań:
- Inauguracja nam się nie udała, bo nie mamy punktu. Przegraliśmy przez brak koncentracji przy bramkach na 2:2 i 2:3. Wydawało się, że nasza defensywa jest stabilna, ale są takie mecze jak ten i pokazują co innego. Tego nie da się przewidzieć. W meczach pucharowych, przy większej presji, obrońcy takich błędów nie popełniali. W ofensywie były sytuacje, które trzeba wykorzystać. Do przerwy byłoby 3:0 i byłby spokój. Niewykorzystane sytuacje podbudowują przeciwnika. Mam nadzieję, że co się źle zaczyna, dobrze się kończy.