Nie przeszedł do historii Kolejorz podczas niedzielnego finału Superpucharu w Płocku. Gdyby wygrał, wywalczyłby to trofeum po raz piąty w dziejach, co jeszcze nikomu się nie udało. Uległ jednak Jagiellonii Białystok 0:1.
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Jagiellonia Białystok
Wściekał się niedawno Jozef Chovanec, trener Sparty Praga - rywala Lecha Poznań w kwalifikacjach Ligi Mistrzów - że kilka dni przed starciem z poznaniakami nie przełożono mu ligowego meczu z Dynamem Ceske Budejovice. Chovanec wystawił w tym meczu rezerwowy skład i przegrał 0:1.
Trener Lecha Jacek Zieliński z kolei przed niedzielnym starciem o Superpuchar z Jagiellonią Białystok (zdobywcą Pucharu Polski) cieszył się, że ma okazje do gry, ale i on postanowił oszczędzić wielu piłkarzy. Z podstawowego składu, który we wtorek wybiegł na mecz ze Spartą na Letnej ostało się raptem trzech - Bartosz Bosacki, Siergiej Kriwiec i Sławomir Peszko. Ten ostatni też pewnie odpoczywałby przed środowym bojem z Czechami, gdyby nie fakt, że mecz o Superpuchar odbywał się w jego rodzimym Płocku. Na stadionie byli bliscy Sławomira Peszki, więc lechita zagrał.
Trener Zieliński przetestował w tym meczu zatem np. Joela Tshibambę, ustawionego na szpicy, w miejsce Artura Wichniarka. Tshibamba wypadł udanie. Był aktywny, pokazywał swą szybkość i niezłe wyszkolenie. Miał przed przerwą najlepszą okazje bramkową, gdy po jego woleju piłka przeszła przez ręce białostockiego bramkarza Grzegorza Sandomierskiego i przeleciała wzdłuż linii bramkowej.
To był strzał znamionujący piłkarza, który ma ułożoną nogę. A Tshibamba oddał go po podaniu Jakuba Wilka, który pod tym względem wręcz ... zdumiewał. Wrzucił kolegom wiele znakomicie mierzonych piłek - i prostopadłych, i centr ze skrzydła.
Sprawdzał się w roli ofensywnego pomocnika Białorusin Siergiej Kriwiec jako alternatywa dla Semira Stilicia - przed przerwą miał dwie znakomite okazje bramkowe. No i dodajmy, że bliski zdobycia gola był tez młody Mateusz Możdżeń.
Lech przeważał nad Jagiellonią, w której trener Michał Probierz też dokonał wielu zmian. Gracze z Białegostoku mieli mniej czasu na odpoczynek po poprzednim meczu - niemal szaleńczym i widowiskowym starciu w Lidze Europejskiej z greckim Arisem Saloniki. Jagiellonia ma za to więcej czasu od Lecha do kolejnego meczu - pucharowego rewanżu.
Przeciwko Lechowi nie wyszedł Tomasz Frankowski (zagrał dopiero po przerwie). Przemysław Trytko nie stwarzał przed przerwą wielkiego zagrożenia - to było większe raczej po rajdach Tomasza Kupisza czy Kamila Grosickiego oraz po stałych fragmentach gry. Jagiellonia imponowała różnorodnością wariantów rozegrania rzutów rożnych.
Ciekawostką jest fakt, że miała na boisku Krzysztofa Husa, który ma na koncie mecz w ... Lechu Poznań! Ten pochodzący z Rzeszowa piłkarz był kiedyś testowany na Bułgarskiej i w ramach tych testów rozegrał spotkanie Pucharu Ekstraklasy.
Po przerwie w Jagiellonii zszedł Trytko, a miejsce w ataku zajął Kamil Grosicki. Natomiast w Lechu do Joela Tshibamby dołączył Tomasz Mikołajczak, który zmienił niemrawego Słowaka Jana Zapotokę.
Wcześniej Kolejorz stracił Ivana Djurdjevicia. Serb, jak pamiętamy, miał bardzo nieudany mecz z Interem Baku. Ze Spartą Praga już nie zagrał, wyszedł za to na boisko teraz. Popełnił dwa fatalne błędy i zaraz po nich zszedł, utykając z boiska. Prawdopodobnie to uraz był powodem tych błędów, a Djurdjević pograł sobie niewiele ponad kwadrans.
Mikołajczak z Tshibamba z jednej strony, Grosicki - z drugiej, a jednak tempo tego niezłego przed przerwą meczu w drugiej połowie bardzo spadło. Do strzału głową Andriusa Skerli po rzucie rożnym w 79. minucie nie mieliśmy groźnych sytuacji podbramkowych. I kibice zaczęli się zastanawiać, czy może znów nie dojdzie do rzutów karnych, które w tego typu meczach wykonuje się z pominięciem dogrywki. Lech ostatnie dwa Superpuchary - w 2004 i 2009 r. wywalczył właśnie w ten sposób (w obydwu wypadkach z Wisłą Kraków).
Było to zresztą siódme podejście Kolejorza po Superpuchar. Dwa pierwsze - w 1983 i 1988 r. - były nieudane, ale od starcia z Legią Warszawa w 1990 r. w Bydgoszczy poznaniacy już nie przegrali tej rywalizacji. Wygrana z debiutantem w walce o Superpuchar, Jagiellonią Białystok (która mistrzem Polski nigdy nie była, a Puchar Polski zdobyła po raz pierwszy) dawała Lechowi piąte trofeum, co byłoby rekordem w Polsce. Nikt tyle razy po Superpuchar nigdy nie sięgnął.
I na razie nie sięgnie, gdyż w 83. minucie obrona Lecha popełniła błąd. Poznaniacy pozwolili na dwójkową, szkolną akcję dwóch gwiazd Jagiellonii, wpuszczonych przez trenera Michała Probierza po przerwie: Jarosława Laty i Tomasza Frankowskiego. Lato dośrodkował, a "Łowca Bramek" miał mnóstwo czasu, by w polu karnym się do tego dośrodkowania ustawić i strzelić głową w okienko bramki Jasmina Buricia. Łatwy gol dla takiego wygi jak Frankowski.
Lech ruszył, ciągnął grę Tshibamba i to po jego dośrodkowaniu w 89. minucie nieznacznie tylko spudłował włączający się do ataku Bartosz Bosacki. Strzelał też Mateusz Możdżeń, ale najlepszą, wręcz niebywałą okazję bramkową miał w ostatniej minucie Joel Tshibamba. Po dalekim dośrodkowaniu błyskawicznie doszedł do piłki, trącił ja w powietrzu, zmylił i minął bramkarza i zostało ją wepchnąć do pustej już bramki. Fizyka już na to nie pozwoliła. Rozpędzony Tshibamba wypadł z piłką poza pole gry, już przy słupku.
W ostatnich sekundach do natarcia na bramkę rywali włączył się nawet bramkarz Jasmin Burić, jednak to Jagiellonia sięgnęła po trofeum w swym debiucie.
Saudyjski sędzia
Mecz o Superpuchar w Płocku prowadził saudyjski arbiter Maraj Al-Awaji wraz z dójką asystentów także z Arabii Saudyjskiej. Al-Awaji to arbiter, który dopiero rozpoczyna karierę międzynarodową. Jako mieszkaniec pustynnego kraju wykazał się dużą empatią dla walczących w sporym upale (28 stopni C) piłkarzy. Przerywał grę, by mogli się napić.