ŁKS - Śląsk 1:2. ŁKS nie dał rady Śląskowi. Sensacja była blisko

Szymon Bujalski
2011-12-11, ostatnia aktualizacja 2011-12-11 16:56

Piłkarze ŁKS przez niemal 80 minut meczu ze Śląskiem w niczym nie ustępowali liderowi tabeli. Niewiele brakowało, a łodzianie cieszyliby się nawet z trzech punktów. Tak by się zapewne stało, gdyby nie dwie kapitalne zmiany Oresta Lenczyka...

ŁKS Łódź - Śląsk Wrocław 1:2
Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
ŁKS Łódź - Śląsk Wrocław 1:2
Śląsk to lider T-Mobile Ekstraklasy, ŁKS ledwie wystaje nad strefę spadkową. Wrocławianie w ostatnich sześciu meczach nie wygrali tylko jednego, łodzianie w tym samym czasie w tylko jednym spotkaniu wygrali. Żadna inna drużyna nie zdobyła na wyjeździe tylu punktów co Śląsk, żadna inna nie zdobyła u siebie mniej niż ŁKS. Powodów, dla których ełkaesiacy wydawali się być skazani na porażkę można by wymienić jeszcze bardzo wiele.

Gdy w pierwszych minutach piłka przebywała głównie na połowie piłkarzy z al. Unii nikogo to dziwić więc nie mogło. Śląsk pierwszą groźną akcję stworzy już w 6. min. Po ładnym podaniu Waldemara Soboty przed wracającym do bramki po dłuższej przerwie Bogusławem Wyparłą znalazł się Sebastian Mila. Pomocnik Śląska naciskany jednak przez obrońcę łodzian strzelił obok bramki.

Chwilę później stało się to, czego przed meczem chyba mało kto mógł się spodziewać. Czyli ŁKS wyszedł na prowadzenie. Zdobywcą gola był... wypożyczony ze Śląska Antoni Łukasiewicz, który wykorzystał bardzo dobrą centrę z rzutu wolnego Marcina Kaczmarka.

Niewiele brakowało, by radość kibiców gospodarzy skończyła się bardzo szybko. Dosłownie dwie minuty później w kapitalnej sytuacji znalazł się bowiem Łukasz Madej. Skrzydłowy, który wiele lat spędził przy al. Unii, wbiegł z piłką w pole karne, ale choć uderzył mocno, to jednak wprost w dobrze ustawionego Wyparłę. To nie był jednak początek naporu wrocławian. Do końca pierwszej połowy kibice oglądali bowiem bardzo wyrównane spotkanie. Śląsk nie potrafił narzucić swoich warunków gry, bo mimo, że przeważał w posiadaniu piłki, to jednak nie przeradzało się to w groźne akcje. Najbliżej szczęścia był Mila, który w 25. min uderzał z narożnika pola karnego. Jego silne uderzenie przeleciało jednak minimalnie nad spojeniem słupka z poprzeczką. W odpowiedzi jeszcze piękniejszą bramkę mógł zdobyć ŁKS. Jak zwykle bardzo aktywny Kaczmarek z prawej strony boiska posłał płaską piłkę wzdłuż pola karnego. Mocno bitą piłkę piętą trącił Marek Saganowski, ale jego uderzenie przeleciało minimalnie obok bramki Martina Kelemena. Szkoda, bo kibice przy al., Unii zobaczyliby jedną z najładniejszych bramek w tym sezonie. Mimo wszystko powodów do narzekania nie mieli, bo ich ulubieńcy do przerwy radzili sobie bardzo dobrze i co najważniejsze - ogrywali lidera.

Druga połowa mogła zacząć się dla łodzian równie dobrze. Po dobrej prostopadłej piłce oko w oko z Kelemenem stanął Saganowski, ale po nie najlepszym przyjęciu zbyt długo zwlekał z oddaniem strzału i naciskany przez obrońcę Śląska strzelił wprost w bramkarza. Kilka minut później piłka zatrzepotała w siatce gospodarzy, ale sędzia nie uznał gola, bo Łukasz Gikiewicz był na spalonym.

W ciągu kilku kolejnych minut dwie ładne akcje prawym skrzydłem przeprowadził ŁKS. Najpierw po rajdzie Saganowskiego nikt nie zamknął jego płaskiego podania wzdłuż bramki, a chwilę później jeszcze ładniejszy rajd Marcina Smolińskiego niecelnym strzałem zakończył Bartosz Romańczuk. Gospodarzom szczęścia zabrakło także w kolejnej akcji, gdy zamieszania w polu karnym i błędu Kelemena nie wykorzystał Mladen Kaszczelan (jego strzał z ostrego kąta wylądował na bocznej siatce).

Po ponad godzinie gry kibice mogli powoli zaczynać czuć już smak trzech punktów. ŁKS prowadził bowiem w pełni zasłużenie - grał odważnie i z pomysłem, a przede wszystkim nie cofnął się za podwójną gardę, tylko sam dyktował warunki gry.

Niestety, w 78. min cały wysiłek łodzian legł w gruzach, Wtedy bowiem dośrodkowanie Marka Wasiluka strzałem głową na bramkę zamienił Przemysław Kaźmierczak. Co ciekawe, obaj piłkarze pojawili się na boisku kwadrans wcześniej. Dziesięć minut później Wasiluk został bohaterem Śląska. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Mili zakotłowało się w polu karnym gospodarzy, gdzie największym sprytem wykazał się właśnie obrońca wrocławian.

Ełkaesiacy, którzy byli o krok od sprawienia sensacji i przełamania trwającej od półtora miesiąca serii meczów bez zwycięstwa, znów schodzili z boiska pokonani. Tym razem była to jednak porażka niezasłużona, bo faworyzowany Śląsk przez 80 minut w niczym nie przewyższał kandydata do spadku. Wielka szkoda, bo pokonanie lidera z pewnością pozwoliłoby kibicom, piłkarzom i szefom ŁKS oczekiwać zimy w choć trochę lepszych nastrojach.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów