Trener Sasal dyskutuje, a piłkarze grają

Maciej Sierpień
2010-03-02, ostatnia aktualizacja 2010-03-02 13:43

Piłka nożna. Co zdradziła wiosenna inauguracja w wykonaniu Korony? Kielczanie solidnie i efektywnie popracowali zimą nad grą w defensywie. Z przodu wciąż jednak jest wiele do poprawy.

Marcin Sasal (Korona Kielce)
Fot. JarosŁaw Kubalski / AG
Marcin Sasal (Korona Kielce)


Liczby dla podopiecznych Marcina Sasala są bezwzględne. Na 16 ofensywnych prób tylko trzy poleciały w światło bramki Grzegorza Sandomierskiego. Ale prócz złotego trafienia Pavola Stano żadne nie sprawiło golkiperowi Jagiellonii najmniejszych problemów. Korona seryjnie za to posyłała piłkę w powietrze. W niechlubnych statystykach przodowali Edi i Paweł Sobolewski, którzy zmarnowali połowę szans. - Skuteczność szwankowała, ale spokojnie... Jest do poprawienia. Mnie cieszy, że stworzyliśmy sobie aż tyle okazji, bo to daje uzasadnione nadzieje, że w kolejnych meczach piłka będzie częściej lądowała w siatce - twierdzi trener Sasal.

Zdecydowanie lepiej Korona radziła sobie pod własną bramką. A praca nie tyle nad poprawą, co wręcz nauką od postaw gry w defensywie była przecież kluczowym punktem zimowych przygotowań. Sasal przed inauguracją zapewniał, że siedem tygodni wystarczy, żeby zupełnie nowa czwórka obrońców należycie się rozumiała. I miał rację. Wzajemne podpowiedzi, asekuracja, umiejętność ustawiania się na boisku zdawały się wykluczać, że Stano z Hernanim na środku i Artur Jędrzejczyk z Nikolą Mijailoviciem po bokach po raz pierwszy grają razem o ligową stawkę. Ten ostatni w sobotę udowodnił, jak ogromne drzemią w nim rezerwy. - Myślę, że zagrał na poziomie reprezentacyjnym. Wielka klasa - komplementuje go Sasal. Dzierżący kapitańską opaskę Serb zaczarował kibiców na Ściegiennego. Harował za dwóch, dla rywali był nie do przejścia. Pokazał też nieznane oblicze... ojca drużyny. Bardzo dojrzałego. Niesłuszne okazały się obawy, czy jego krewki charakter da się pogodzić z trzymaniem nerwów na wodzy. Nawet kolejne wpadki sędziego Szymona Marciniaka nie były w stanie wyprowadzić go z równowagi. Mijailović jedynie patrzył na arbitra wymownym, karcącym wzrokiem i spokojnie odmaszerowywał na swoje miejsce.

Wykłócanie się z arbitrami wziął bowiem na siebie Marcin Sasal. Szczególnie w drugiej połowie, biegnąc i krzycząc za sędzią asystentem prawie do narożnika boiska. - Dla kogoś, kto mnie zna, to nie powinno być chyba zaskoczenie. Wszyscy wiedzą, jaki jestem. I tak już będzie. Ja będę walczył na ławce o piłkarzy, bo oni mają skupić się tylko na grze, a nie dyskusjach - nie żałuje kielecki szkoleniowiec.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

5

1 głos